<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"><channel><title>Jiobla Świat</title><link>http://blog.jiobel.com/</link><description>Wpisy z dziennika internetowego Jogger, wspomaganego przez Jabbera</description><lastBuildDate>Fri, 04 Jul 2008 21:03:00 +0200</lastBuildDate><generator>JoggerPL</generator><item><title>To nie kolejny poradnik dla idiotów #3</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/06/23/to-nie-kolejny-poradnik-dla-idiotow-3/</link><description>Biedronka  to chyba najlepszy przyjaciel studenta. Nie dlatego, że jest ładna, malutka i  taka milusia – zdecydowanie. Tym bardziej nie dlatego, że jest czerwona. I ma  kropki… 

Więc?  Przy odpowiedzi na postawione pytanie, zastanówmy się nad tematami pobocznymi. A  może odpowiadać nie trzeba będzie?
Do tej  pory swoje doświadczenia ze sklepami mogłem zakwalifikować do tych udanych,  pozytywnych i – co wydaje się oczywistym zakładając, że rozumujemy dość  logicznie – złych, koszmarnych. Tych, o których człowiek chce zapomnieć. Jak  najszybciej. 
Wpływ na  taki stan miało i ma wiele czynników – wyzwania, aby wymienić je wszystkie nie  podjąłby się z pewnością nawet Syzyf. No chyba, że – w ramach ogólnoświatowego  dnia buntowania się przeciw ogólnie przyjętym stereotypom. Ale przecież znamy  efekty jego wcześniejszych zleceń, prawda?. Pokrótce jednak można spróbować  nakreślić te, które zauważamy i odczuwam w sklepie najbardziej – które  doskwierają mi najbardziej, determinują do nielubienia owego i w końcu  dyskwalifikują po całości.
Gdy byłem  młody i głupi miałem przeświadczenie, że w sklepach o bardzo dużych  powierzchniach, zwyczajowo nazywanych hipermarketami, da się kupić wszystkie  produkty, jakie tylko sobie zamarzymy po rewelacyjnych cenach. Chodziłem więc  tam, brałem wielki kosz, który wraz z upływem czasu sukcesywnie się zapełniał.  Przynajmniej raz w tygodniu, bo i potrzeby nie były racjonalizowane. Jak już  wcześniej – młody i głupi…
Po pewnym  czasie zauważyłem, że jest kilka spraw, które mi przeszkadzają, lub utrudniają  robienie tam zakupów.
Przede  wszystkim – trzeba się nachodzić. Człowiek, bestia leniwa diabelnie, więc poco,  skoro można prościej? Aby dojść z działu mięs  mrożonych do działu napoje trzeba  mijać kilkanaście innych, które w umiejętny sposób kuszą i wabią swym  niekwestionowanie bogatym zaopatrzeniem. A jak już idziesz obok tych bogato  zastawionych półek z chemią, czy też po kolei przyprawy, sosy, odzież to promocja za promocją przyprawiają  o zawrót głowy. Jak do cholery nie skorzystać i nie kupić 5kg proszku 1zł  taniej niż zazwyczaj. Dopiero później uświadamiasz sobie, że przecież jeszcze  miesiąc temu kupowałeś 5zł taniej bez promocji… I wkładasz kolejne zupełnie niepotrzebne i nieplanowane rzeczy do prawie już zapełnionego koszyka tym samym sprawiając, że coraz  trudniej zmieścić jest te właściwe, które to planowaliśmy jeszcze 20 minut  temu.
I weź  teraz idź po bułki dwie, a wyjdziesz jeszcze z wędlinami, promocyjnym keczupem,  promocyjną galaretką, promocyjnym środkiem przeciwko poparzeniom słonecznym. W  zimie poparzenia? Słoneczne, kurna?! Między regałami czają się jeszcze inne  niebezpieczeństwa. 
Mianowicie  – hostessy, które przebrane sprytnie zaczepiają Cię i próbują przekonać, że  reklamowany przez nie produkt zasługuje na kupno, spróbowanie, czy cokolwiek  innego, co wiązałoby się ze stratą naszego czasu na zastanowienie się i  pieniędzy za ów. Dlaczego więc ich nie zignorować – spytasz? Świecidełka,  migające coś-nie-wiadomo-co od zawsze sprawiały, że człowiek głupiał. Taka ćma,  która daje się nabrać ten nadmuchanej żarówce – człowiek w supermarkecie.
I do  cholery – chcesz być tylko kolejną cyferką na dyskach twardych ich maszyn  liczących, czy może wolałbyś, żeby sprzedawca rzeczywiście zainteresował się  Twoją osobą i podpowiedział, że dziś warto kupić to-czy-tamto, a z szynki wiejskiej dziś zrezygnować?
Jedyne,  co mają te tak negowane, to gazetki z produktami. Przejrzysz raz, dwa i  dokładnie wiesz, że cena kiełbasy  podwawelskiej kształtuje się w okolicach 20zł. I nie kupisz gówna w mięsnym  za rogiem za 35zł („bo to hit i w ogóle, świeże”) ale przejdziesz się kroków  naprzód kilka i odwiedzisz delikatesy, które współpracują z ulubioną Twoją  masarnią i cieszyć będziesz się z kiełbaski smakowitej i po cenie Ci  odpowiadającej.
A Biedronka?  Nie ma akcji reklamowych. Twarze kasjerek da się zapamiętać, a i one Cię  zapewne kojarzą. Jest tani papier toaletowy. I bułki dobre i tanie. I też soki,  napoje i inne. A i wyjście jest, gdy czegoś dostać nie będziesz tam mógł –  sklepik osiedlowy, już wcześniej wspominany.
Dlatego  wolę subskrybować kilka blogów, czy też  mniejszych serwisów niż miałbym gubić się w setce wiadomości, w których  wartości doszukiwać musiałbym się. No i oczywiście newsy, żebym zagubiony nie czuł  się przeważnie. ;-)
</description><pubDate>Mon, 23 Jun 2008 23:20:55 +0200</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/06/23/to-nie-kolejny-poradnik-dla-idiotow-3/</guid><category>Teoria</category><category>Varia</category></item><item><title>„g” od Googla jest brzydkie</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/06/17/g-od-googla-jest-brzydkie/</link><description>
Dobrze wiem, że nie tylko mnie drażni nowa Googlowa favikonka, stąd też moje zadowolenie z faktu, że dobrzy ludzie zajęli się tym i stworzyli kilka propozycji, które nie straszą, a raczej dobrze smakują. Nie mniej – trochę szkoda, że taka wielka korporacja, której nie da się nie lubić robi takiego psikusa swoim użytkownikom. Bo ktoś chyba zapomniał o tym, że piekielnie ważne są szczegóły. Jak nie najważniejsze… ;-)
A przy okazji – dobrze wiedzieć, jak zrobić dobrą i użyteczną ikonkę.
</description><pubDate>Tue, 17 Jun 2008 12:52:41 +0200</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/06/17/g-od-googla-jest-brzydkie/</guid><category>Projektowanie</category></item><item><title>Fotosesja</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/06/17/fotosesja/</link><description>
Polacy przegrali. W czasie meczu, który trochę mi uciekł, gdyż zajęty byłem aparatem i pstrykaniem fotek, nie wydarzyło się nic, co mogłoby mnie na chwilę odciągnąć od trybu manualnego tego swoistego Canona, który – mimo, iż to początek mojej przygody z cyfrakami – wkurza mnie niemiłosiernie swoją topornością, brakiem funkcji, których oczekiwałbym i przede wszystkim – ich dostępnością. Ale im cięższe początki, tym lepiej później jedzie się z górki (oparte na rowerowych doświadczeniach).

Martyna dzielnie znosiła celowanie w nią obiektywem i samopowtarzający się „pstryk”. Zdjęć wyszło troszkę, fakt – tak w sam raz, żeby wybrać te mniej rozmazane i postarać się o usunięcie resztek zauważalnych poruszeń ręki. Trudna jest manualna stabilizacja obrazu. ;-)

A przy okazji – głosy o mojej śmierci są mocno przesadzone. ;-)
</description><pubDate>Tue, 17 Jun 2008 01:10:14 +0200</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/06/17/fotosesja/</guid><category>Hard</category><category>Varia</category></item><item><title>Euro-srerło… Naaat!</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/06/16/euro-srerlo-naaat/</link><description>
Bądźmy szczerzy – Euro2008 wcale nie musi nudzić zwłaszcza, gdy wraz z Tobą kibicują kibicki a nie li tylko spoceni fani futbolu z piwem w ręku, fajką w ustach. 
No chyba, że ktoś rzeczywiście lubi marudzić… ;-)</description><pubDate>Mon, 16 Jun 2008 15:51:05 +0200</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/06/16/euro-srerlo-naaat/</guid><category>Organizacyjne</category></item><item><title> To nie kolejny poradnik dla idiotów #2</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/04/08/to-nie-kolejny-poradnik-dla-idiotow-2/</link><description>Wyobraź sobie sytuację, że siedząc w domu nachodzi Cię  ochota na jedzenie – jesteś cholernie głodny. Zastanawiasz się przez chwilę,  gdzie mógłbyś naprawdę dobrze, syto i smacznie zjeść (pomijamy cenę – jesteś  bogaty, więc pozwolić sobie możesz na ekstrawagancję – w końcu to li tylko  sytuacja hipotetyczna, prawda?). Wybór masz trudny. W przeciwieństwie do  sytuacji realnej – nie, nie ze względu, że jest tak skąpy i ograniczony – wręcz  odwrotnie.
Wychodzisz na ulicę, na której wiesz, że znajdziesz knajpkę,  która zaspokoi Cię w 100%. Wiesz to, bo ulica ta słynie z tego rodzaju usług.  Opinie ma naprawdę dobre. Słynęła niegdyś z tego, iż na owej jadały dość często-i-gęsto sławy, którzy dziś  potocznie (i idiotycznie, swoją drogą) nazywani są mikrocelebrytami. To o czymś  świadczyć musi – bezsprzecznie.
W Łodzi na ulicy Piotrkowskiej istnieje miejsce, z którego  cieszą się jedynie studenci, ludzie mniej zamożni lub gustujący w daniach z  gołębia, czy psa. Potocznie nazywane jest Chinatown, a nazwą swą odzwierciedla w  100% wyobrażenia potencjalnego wyobrażacza.  Tylko trzeba wziąć poprawkę, lub ich kilka:

  jesteśmy  w Polsce,
  w Łodzi.

Nie, to nie zlepek kilku restauracyjek – to bardzo przypadkowo poustawiane,  obdrapane, brudne – wręcz obleśne – budki, których wzór chyba każdy zna, kto  choć raz odwiedził jakieś miejskie targowisko. Chodniki obsrane przez  wszechobecne psy, lub jeszcze latające gołębie. Zdarza się, że ktoś z gości  prześpi się na środku placu; jeśli jednak jeszcze nie śpi, a obija się od  drzewa do drzewa trzeba uważać na jego ciągle rosnącą agresję w stosunku do każdego,  kto pojawi się na widoku. Nie jest fajnie, bynajmniej. Mimo wszystko, ludzie  tam chodzą, bo muszą.
Sytuacja przedstawia się więc następująco – rozglądając się  po całej ulicy, idąc od witryny do witryny i podziwiając cały ten przepych w  końcu trafiamy na miejsce, które nas odrzuca. Prawda, że cały urok, który był  budowany z takim trudem przez wspólnotę restauratorów został zniweczony w parę  chwil? Dlaczego zatem nie zacząć protestować?
W tym właśnie momencie pojawia się sprawa, do której Cię  wprowadzam od jakiegoś czasu…

Przed naciśnięciem tego magicznego przycisku „opublikuj” w  panelu administracyjnym swojego bloga przeczytaj wpis, który wygenerowałeś by  uchronić czytelnika przed odruchem wymiotnym. Bo uwierz – rzygać się chce, gdy w  ramach zamówionego kurczaka na ostro dostaje  się gołębia podanego na 100 sposobów.  Nawet, gdy całość podana jest na dość ładnym talerzu.</description><pubDate>Tue, 08 Apr 2008 20:00:28 +0200</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/04/08/to-nie-kolejny-poradnik-dla-idiotow-2/</guid><category>Teoria</category><category>Varia</category></item><item><title>To nie kolejny poradnik dla idiotów #1</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/04/07/to-nie-kolejny-poradnik-dla-idiotow-1/</link><description>Wszelkiej maści poradniki, które mają w założeniu pomóc  bloggerom zacząć i/lub rozwijać się w blogowaniu są moim zdaniem – do dupy.  Tipsy fajne są niezaprzeczalnie – to fakt. Jednakże powiedzenie, które sprawdza  się (mimo swoistej paradoksalności zawartej w samym sobie) prawie w każdej  sytuacji moim zdaniem celnie opisuje zjawisko trafiania w target z takowymi  właśnie: 

  Jak coś jest do wszystkiego, to  jest do niczego.

Doskonale jednak wiemy, że takie właśnie porady w zjadliwej  formie spotkają się z aprobatą i optymistycznym odbiorem wśród szerokiego grona  czytelników. W szumie (misz-maszu)  każdy jest w stanie wybrać coś, co go zainteresuje, prawda? Bo – to trzeba  przyznać – jakiś informacji dostarczają owe i rzeczywiście mogą pomóc w starcie inteligentnemu bloggerowi (bo tylko  taki jest wybrać wśród dostępnych środków te przydatne – potrzebne, niezbędne, fajne), lub rozwoju temu bardziej  zaawansowanemu, lecz żyjącemu poza mainstreamem. Z pewnością też ten przysłowiowy mistrz blogowania znalazłby  coś ciekawego…
Do czego jednak piję w tym przydługim wstępie? Przede  wszystkim do nadmiarowości. Głównie w wyglądzie Twojego bloga – tego, co  niejednokrotnie atakuje czytelnika  bloga.
Jeśli potrafisz dostrzec rzeczy, które są totalnie zbędne, nie  pasujące do całości lub po prostu irytujące w swojej budowie – jesteś na dobrej  drodze do ich eliminacji, oznaczenia etykietą #crap i ich ignorowaniu przy  każdej nadarzającej się okazji (czyli odwiedzenia kolejnego genialnego  poradnika dla chcę-być-bloggerem-i-zarabiać-kasę).
Pamiętaj zatem – Twoja strona ma być czysta jak papier toaletowy przed użyciem. I nie ten najtańszy –  wręcz przeciwnie. Bo w końcu ma być miła w odbiorze? Tego chcemy w tych obu  rzeczach: my – czytelnicy i Ty – ten, który się produkuje.
Dzięki temu rozróżnisz te dwa produkty jednym ważnym  szczegółem – przestanie być do dupy. Twój blog, oczywiście.</description><pubDate>Mon, 07 Apr 2008 23:21:43 +0200</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/04/07/to-nie-kolejny-poradnik-dla-idiotow-1/</guid><category>Teoria</category><category>Varia</category></item><item><title>Muxtape – 60 minut muzyki, po prostu</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/04/06/muxtape-60-minut-muzyki-po-prostu/</link><description>Pewnie część z was pamięta czasy, gdy najpopularniejszym  nośnikiem do przechowywania muzyki były kasety magnetofonowe. Popularne sześćdziesiątki  lub późniejsze i droższe dziewięćdziesiątki – co w przełożeniu na dzisiejszy  język oznacza ni mniej, ni więcej – czas, który dało się wykorzystać. Taka pojemność dzisiejsza. Po pół  godziny na dwie strony A i B (albo 45 minut w drugim przypadku). W zupełności  wystarczało to większości z nas, którzy poświęcali się słuchaniu na domowym  sprzęcie zwanym pospolicie jamnikami, albo Ci zamożniejsi i z natury bardziej  mobilni – walkmanach, muzyki. Z tymi wszystkimi trzaskami i rozciągnięciami. I  nie przeszkadzało wtedy nikomu, że taśma się wciąga, że młodszy brat skasował  zawartość…
Dziś pozostały wspomnienia li tylko. I nic więcej.  Siedzimy przed monitorem komputera, który posiada bebechach swoich dysk, który  pomieści muzykę, jaką dałoby zebrać się w całym wysokościowcu na kasetach  kompaktowych… ;-)

Po rozmowie w sobotni poranek (przed 9am!) z Riddlem, odsłuchaniu  jego kompilacji, wymianie komentarzy przyszedł czas i na mnie. Takim oto  efektem powstał muxtape wsluchawkachciszypodole, z którego jestem całkiem-całkiem  zadowolony – w końcu przedstawia mój profil muzyczny. ;-)
Czemu tak bardzo podniecam się serwisem, który jest  ascetyczny w swej formie? Bo wspomnienia fajne są – to przede wszystkim.  Wspomnienia siostry, która całymi wieczorami czekała na upragnioną audycję w  radiu, by móc sobie ją nagrać. Siostry, która z wypiekami na twarzy wracała od  koleżanki, gdzie spędzały całą godzinę (bo magnetofon nie miał funkcji  szybkiego przewijania) siedząc wpatrzone w czarną skrzyneczkę jak bożka, gdy ta  mieliła dwie kasety w efekcie dając jeszcze gorącą kopię. Wspomnienia mnie  samego, który gdy był jeszcze za mały, by zrozumieć, że muzyka jest wielkim  ładunkiem energii, bez którego nie da się obejść, słuchał w ciemnym pokoju  Michaela Jacksona. Mnie samego, który później już podkradał kasety z szuflady  siostry, żeby zobaczyć, co ona tam ma… Tak – fajnie pamiętać takie rzeczy.
A Ty? Pochwal się swoją kasetą…</description><pubDate>Sun, 06 Apr 2008 21:27:48 +0200</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/04/06/muxtape-60-minut-muzyki-po-prostu/</guid><category>Przemyślenia</category><category>Teoria</category><category>Varia</category></item><item><title>Z okazji joggerowego święta</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/04/01/z-okazji-joggerowego-swieta/</link><description>Z rozpoznaniem mnie i maoam na najbliższym zlocie ludzi z joggera prawdopodobnie nie będzie większych problemów.

Przy okazji, skoro już Robert poruszył temat zawirowań wokół joggera – bardzo nie podoba mi się pomysł z reklamami (które nota bene pojawiły się i u mnie), których treść, wygląd i sam fakt istnienia nie zależy ode mnie, jako właściciela tego bloga. Stąd moje wątpliwości, których efekty niedługo będą znane…</description><pubDate>Tue, 01 Apr 2008 15:49:09 +0200</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/04/01/z-okazji-joggerowego-swieta/</guid><category>Organizacyjne</category><category>Projektowanie</category></item><item><title>Z pamiętnika bloggera #1</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/03/20/z-pamietnika-bloggera-1/</link><description>Ostatni wpis napisałem zdecydowany miesiąc temu. Naprawdę –  przez ten cały okres Internetowego milczenia starałem się zmobilizować i  umieścić notkę, gdzie byłoby zawartych chociaż kilka informacji: co u mnie  słychać, co robię, nad czym pracuję i przede wszystkim – dlaczego milczę. Zamiary  zamiarami (jak to się mówi – „chęciami dobrymi wybrukowane piekło jest”), ale zawsze pod koniec pojawiał się głosik, który  mówił do ucha, że to-czy-tamto raczej nie jest udaną produkcją; zrezygnuj z  pisania; beznadziejne, ośmieszasz się.
Chyba w życiu każdego człowieka przychodzi moment, w którym  nie wierzy za bardzo w to, co robi. Mimo wszystko – pasji, radości płynącej z  podziwiania efektu końcowego, czy też radości tworzenia. Tak jest również z  bloggerami, do grupy których z całą odpowiedzialnością i konsekwencjami z tego  faktu płynącymi, mogę się zaliczyć. W końcu prawie 40 miesięcy na jednej  platformie blogowej plus kilka gdzie indziej, o których chciałbym zapomnieć do  czegoś uprawnia… Tym bardziej do tego typu podsumowań.

Dwa lata temu pracowałem sumiennie nad nowym projektem  wyglądu dla tego bloga. Projekt nazywał się ml2 i był robiony po godzinach. Przeze mnie – człowieczka  od grafiki, jak również przez kodera, który miał zająć się opracowaniem trzech  warstw dokumentu, który zaliczać mógłby się bez żadnych kompleksów do składu  semantycznej sieci. I wszystko byłoby ok, gdyby projekt wszedłby w życie (sukces  sam w sobie), bo ja cieszyłbym się z nowego designu bloga, czytelnicy, których  jeszcze wtedy miałem mieliby ułatwione zapoznawanie się z tym, czym wtedy ich  raczyłem, a koder spełniłby dobry uczynek przy okazji miałby kolejny projekt do  folio – sielanka, gdyby nie to, że… Druga część projektu, czyli kodowanie samo  w sobie nie zakończyło się sukcesem, ze względu na brak czasu człowieka, który  miał się tym zająć. Później okazało się, że to była z tych znajomości, które  określa się mianem toksycznych. Nie mniej – nauczyłem się paru rzeczy. Między  innymi tego, że do każdego zlecenia musi być umowa i że Internetowe danie słowa  wcale do niczego nie zobowiązuje. Po prawdzie – życie.
I tutaj pojawiają się dwie opcje – oddam na rzecz joggera, jako dodatkowy szablon do wyboru z panelu administratora (potrzebny jest ktoś, kto zająłby się kodowaniem), albo odsprzedam za całkiem rozsądne pieniądze jako design na wyłączność. Chętnych zapraszam do kontaktowania się.
Ciąg dalszy nastąpi…</description><pubDate>Thu, 20 Mar 2008 15:10:22 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/03/20/z-pamietnika-bloggera-1/</guid><category>Fabryka</category><category>Organizacyjne</category><category>Projektowanie</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Odp: Joggerowy długopis</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/01/30/odp-joggerowy-dlugopis/</link><description>
Zwykły długopis? A może jednak nie…? ;-)
</description><pubDate>Wed, 30 Jan 2008 18:20:44 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/01/30/odp-joggerowy-dlugopis/</guid><category>Projektowanie</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>W imię ojca, w imię ducha, w imię partii…</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/01/18/w-imie-ojca-w-imie-ducha-w-imie-partii/</link><description>
W spotkaniu brali udział m.in. europosłowie, którzy mandaty zdobyli z list LPR: Urszula Krupa, Bogdan Pęk, Dariusz Grabowski, Witold Tomczak, posłanka Anna Sobecka (do Sejmu dostała się z list PiS), byli posłowie Halina Nowina-Konopczyna, Jan Łopuszański, Zygmunt Wrzodak. Zaproszenia nie dostali natomiast panowie Maciej i Roman Giertych, czy Marek Jurek. W imieniu ojca Rydzyka do Łodzi przyjechał jego zaufany współpracownik ojciec Waldemar.</description><pubDate>Fri, 18 Jan 2008 18:46:45 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/01/18/w-imie-ojca-w-imie-ducha-w-imie-partii/</guid><category>Grafika</category><category>Projektowanie</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Wspomnień obrazy</title><link>http://blog.jiobel.com/2008/01/09/wspomnien-obrazy/</link><description>Bo nie mam ochoty pisać. Bo za bardzo mi to nie wychodzi, jeśli zaczynam porównywać swoje zdania do zdań składanych przez ludzi, których przypadkiem, lub też i nie, przyszło mi czytać. Bo nie lubię wypadać szaro na tle innych… Dlatego wolę obrazy, których znaczenie nie jest tak oczywiste, jak by się mogło to wydawać. Bo to tak dla mnie, rzeczywiście i po prostu.





</description><pubDate>Wed, 09 Jan 2008 19:09:28 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2008/01/09/wspomnien-obrazy/</guid><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Nokia 6300 – część pierwsza</title><link>http://blog.jiobel.com/2007/12/01/nokia-6300-czesc-pierwsza/</link><description>Przyszedł czas wymienić swojego Samsunga x660, który służył mi dzielnie przez 2 lata intensywnego użytkowania. Jedyne oznaki zniszczeń na nim to pościerana wykładzina klawiszy sterujących (krzyżaka) najprawdopodobniej przez moje złe przyzwyczajenie ślizgania po owym palcem, zamiast klikania. Mimo wszystko uważam, że 2 lata to całkiem długo jak na telefon komórkowy ze średniej półki – stąd też ocena jak najbardziej pozytywna jeśli chodzi o ogólne wrażenia i markę Samsung, o której nie miałem przed tym modelem dobrego zdania.

Przechodząc już powoli do części właściwej tego wpisu – zmigrowałem ponownie na Nokię. Z kilku względów, ale przede wszystkim jej renomę, wsparcie i… Tak naprawdę to tylko przez ten model. Mianowicie Nokię 6300.
Technikaliów trochę
Obudowa
Obudowa ów modelu wykonana jest ze stali nierdzewnej. Utrzymana w tonacji hi-tech, czyli moim mniemaniu najlepszej, jaka może być – srebrno-czarnej (tak, tak – jeśli chodzi o sprzęt moje ulubione). Nie otrzymujemy kolejnego plastykowego telefonu od SE, a klasyczną, spokojną i elegancką bez udziwnień Nokię z dawnej serii biznesowej. Elementami ożywiającymi całość jest wyraźne oddzielenie klawiatury 123/abc od klawiszy funkcyjnych i wyświetlacza oraz miodki na boku, które migają, gdy telefon nam coś chce zakomunikować. 
Muszę przyznać, że całkiem przydatna rzecz, gdy telefon leży na biurku a my nie słyszeliśmy dzwonka. Mowa oczywiście o sytuacji nocnej. W ręce musimy utrzymać 91 gramów elektroniki upakowanej w rozmiar 106,4 x 43,6 x 11,7 mm co jest wynikiem niezłym. A dla mnie nawet bardzo dobrym…

Klawiatura
Blisko ułożone siebie klawisze sprawiają wrażenie, że pisanie będzie udręką. Przy pierwszych ich dotknięciu wrażenie obraca się o 180 i przekonujemy się, że to najlepsza klawiatura telefonowa, jaka została do tej pory zaprojektowana, wyprodukowana i oddana w ręce (dosłownie) użytkowników. Pisania smsów jest czystą przyjemnością – naprawdę. Żaden telefon nie sprawił mi tak miłego zaskoczenia, jeśli chodzi o tę kwestię. Powyżej klawiszy alfanumerycznych mamy 4 funkcyjne i klawisze do sterowania. Całość gustownie podświetlana sprawia pozytywne wrażenie. I jestem cholernie zadowolony, że Nokia nie wprowadza tu joistyków, których nie cierpię, nie trawie i ich unikam.
Mamy cztery funkcyjne – typowe jak zielony i czerwony do rozpoczynania i kończenia rozmowy, standardowe po bokach pod wyświetlaczem i pięciokierunkowy sterujący klawisz. Całość pracuje pewnie i komfortowo. Żadnych zastrzeżeń nie zgłaszam.

Wejścia / Wyjścia
Spód telefonu ma trzy (z czego dwa są widoczne) wyjścia / wejścia. Jedno do ładowarki, microJack i miniUSB. Tutaj niestety mam problem z odkrywaniem specjalnej klapki, którą przykryte jest złącze miniUSB. Ale możliwe, że to spowodowane jest moją nieumiejętnością posługiwania się kończynami. ;-)

Tył
Po obróceniu telefonu widzimy dużo srebrnej stali i czarny panel, na którym umieszczono wizjer do 2Mpix aparatu fotograficznego i  stereofoniczny głośniczek. Tutaj muszę wytknąć Nokii niedoróbkę – czarna farba pokrywająca panel jest bardzo podatna na zarysowania, które na moim telefonie występują, a staram się o niego dbać.

Wyświetlacz
Najważniejsza część telefonu. Dostajemy od fińskiego producenta 2 calowy wyświetlacz, który kusić nas będzie rozdzielczością 320x240 pikseli i… 16 milionami kolorów. I to jest to, co mnie kusiło, kusiło aż wreszcie skusiło. Głębia kolorów, nasycenie – to naprawdę jest piękno samo w sobie. I jeśli miałbym mówić w czystko telefonowym aspekcie matryc LCD to ta jest bardzo dobrej jakości.
Znowuż jednak niedopracowanie (ale tutaj nie techników, a speców od softu) – nie ma możliwości regulacji mocy podświetlenia, a co za tym idzie…
Bateria
Tutaj w porównaniu do mojego poprzedniego telefonu byłem niemiło zaskoczony. Po dniu spędzonym na słuchaniu mp3, cykaniu fotek, bawieniu się ustawieniami i graniu na wykładach w Sudoku bateria była pusta. Ale w sumie – nie ma się co dziwić, nie? ;-)
W następnej części przedstawię Nokię 6300 od strony użytkownika, czyli należy spodziewać się omówienia oprogramowania, które dostaliśmy, a także wyposażenia – jakości i komfortu używania. Do następnej, w takim razie! ;-)
Za użyczenie dłoni do zdjęć muszę podziękować Martynie. :-D</description><pubDate>Sat, 01 Dec 2007 16:13:55 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2007/12/01/nokia-6300-czesc-pierwsza/</guid><category>Hard</category><category>Techblog</category><category>Varia</category></item><item><title>PKP 5.0</title><link>http://blog.jiobel.com/2007/11/27/pkp-5-0/</link><description>W niedzielę podróżowałem niewygodnym busem relacji dom – Łódź. Wtedy nie spodziewałem się, że wpadnę na tak genialny pomysł z serii „jak zarobić kasę dzięki konceptowi”.
Więc już po całym przedsięwzięciu pakowania się do 20-miejscowego samochodu wraz z 30 innymi osobami, przejechaniu tych kilkudziesięciu kilometrów i przygodach z tramwajami przyszło mi wyjechać po Martynę na dworzec Łódź Kaliska. Nauczony poprzednimi wyjściami wiedziałem, że nie warto wychodzić wcześniej godzinę, bo i tak będę zmuszony czekać. Godzinę plus ileś-tam minut na spóźniony pociąg.
Michał pisał o postojach pod Poznaniem. Ja napiszę o postojach na dworcu i słuchaniu miłej pani, której głos mógłby być podkładany w filmach typu up&amp;down. Nie przez to, że jest zmysłowy, lub coś w tym stylu – raczej dzięki tej specyficznej chrypce, która skutecznie uniemożliwiała zrozumienie kiedy i na który peron wjedzie oczekiwany pociąg.
Wtedy też pomyślałem sobie, że można takową panią zastąpić… e-Ewą. W końcu polski produkt Ivona podobno jest najlepszych syntezatorem na świecie, więc czemu nie wierzyć innemu, dostępnemu z każdego miejsca? Niskim nakładem pracy można mieć profesjonalne komunikaty zrozumiałe dla 99% podróżnych co jest sukcesem w porównaniu do wyniku, powiedzmy, pani-Ilonki-z-dworca.
I dla przykładu coś, dzięki czemu czekałem troszkę dłużej niż zamierzałem. Prawda, że dużo, dużo lepiej niż oryginał?</description><pubDate>Tue, 27 Nov 2007 23:00:46 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2007/11/27/pkp-5-0/</guid><category>Przemyślenia</category><category>Teoria</category><category>Varia</category></item><item><title>Spam do Googla dzięki Picasa Google</title><link>http://blog.jiobel.com/2007/11/22/spam-do-googla-dzieki-picasa-google/</link><description>Picasa jako baza adresów e-mailowych do spamowania? Bardzo prosto i to nawet dzięki wyszukiwarce od tej samej korporacji. Wystarczy proste zapytanie:
&quot;picasaweb.google.com/*&quot;
i w wyniku dostajemy ponad 1,580,000 wyników, gdzie ktoś był tak miły, że linkował do jakiegoś albumu. Dzięki temu w prosty sposób mamy dość pokaźną listę potencjalnych ofiar.
Ofiar się spytasz? Owszem. Adres użytkownika w Picasa ma formę:
picasaweb.google.com/%user%
co przekłada się na adres Gmailowy, czyli:
%user%@gmail.com
Wygrepowanie z wyników owego usera nie jakimś specjalnie trudnym zajęciem, stąd wcześniej określenie tej metody pozyskiwania danych jako łatwa.

Ficzery takiego rozwiązania? Personalizowanie ataku na kraje. Przykład? Wystarczy określić domenę globalną i voila:
&quot;picasaweb.google.fr/*&quot;
Jedynym minusem takiego rozwiązania jest atakowanie skrzynek Gmailowych, które w moim odczuciu mają całkiem sprawne filtry antyspamowe. Ale od czego jest yahoo – flickra też można wykorzystać w podobny sposób. ;-)
Mam świadomość tego, że ktoś mógł już opisywać wcześniej to, co ja tutaj. Tak więc – gdyby rzeczywiście tak było, proszę o info, to zaktualizuje wpis.</description><pubDate>Thu, 22 Nov 2007 22:28:08 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2007/11/22/spam-do-googla-dzieki-picasa-google/</guid><category>Przemyślenia</category><category>Techblog</category><category>Teoria</category><category>Varia</category></item><item><title>Desktop of revenge – wallpaper</title><link>http://blog.jiobel.com/2007/11/22/desktop-of-revenge-wallpaper/</link><description>Ponieważ za oknem szaro i ciemno. Zimno też coraz bardziej. Ponieważ spać się chce jak cholera. Bo głowa boli. Dlatego, że na Vivie leci to co zawsze i nie jest to zdecydowanie fajne. Również, bo nic dawno nie robiłem w tym całym kolosie, gdzie dużo pędzli i efektów jest i jest uber-cool. Dlatego właśnie tak, a nie inaczej.

A w paczce zip macie kilka rozdziałek:

1600x1200
1280x1024
1024x768

W razie pojawienia się sugestii zrobienia innych, albo zmienienia czegoś – proszę pisać.
Mimo starań pewnie wyląduje tylko u mnie na desktopie…

Wszystkie bonusowe rozdzielczości dodałem do zipa, tak wiec poprzednie linki w komentarzach stały sie nieaktywne.

A te rozdzielczości to:

1280x800
1680x1050

</description><pubDate>Thu, 22 Nov 2007 18:39:35 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2007/11/22/desktop-of-revenge-wallpaper/</guid><category>Grafika</category><category>Projektowanie</category></item><item><title>Ściekowe rysunki</title><link>http://blog.jiobel.com/2007/11/13/sciekowe-rysunki/</link><description>Dawno nie było tu czegoś, co by mnie naprawdę zafascynowało. Czyli takich półeczek nad klawiaturę, ekskluzywnych wibratorów, tanich światełek LED, kondomów z pomysłem, czy innych… Rzeczy, które zasługują nie tyle na przeklejenie z zagranicznych agregatorów tego typu stuffu, a ich prawdziwe promowanie (delikatnie i subtelnie piję tu do jednego pana…).
Dawno nie było też mnie. I nie będzie. Ze względu na pełnowartościowy i absolutny względem innych dół. Niemoc twórcza – jesień pomysłów każdego dopada.
Ale już przechodząc do konkretów – dostałem na maila od swojego znajomego, z którym kiedyś praktykowałem vlepy i szablony – link. Z początku myślałem, że przypomniał sobie o mnie i wysyła kolejny, wszystkim znany filmik z youtube`a. Zaskoczył mnie – pozytywnie po raz kolejny.

Gdybym tylko mógł wyczytać więcej z ich strony…
Przy okazji – ktoś z Łodzi chętny do generowania projektu o którym za bardzo nie mogę mówić, a który to zrodził się w mojej głowie podczas jednego z powrotów do domu? Jeśli tak, to na jiobel.com są podane formy kontaktu. :-)</description><pubDate>Tue, 13 Nov 2007 22:56:18 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2007/11/13/sciekowe-rysunki/</guid><category>Grafika</category><category>Projektowanie</category><category>Przemyślenia</category></item><item><title>Viśta wio!</title><link>http://blog.jiobel.com/2007/10/30/vista-wio/</link><description>Pojedynek gigantów – preinstalowany Windows Vista z wszystkimi dodatkami od IBM Lenovo kontra Windows z rodziny NT z zainstalowanymi prawie wszystkimi sterownikami od samego producenta.

	Ilość procesów po starcie wszystkich programów
		89 – 39
	Ilość zajmowanego miejsca na dysku (partycja systemowa – system + sterowniki)
		26GB – 3.6GB
	Przybliżony czas zimnego startu
		2 minuty – 45 sekund

To chyba najważniejsze rzeczy, które udało mi się zauważyć podczas użytkowania tych dwóch systemów na tej samej platformie.
Oczywiście nie poruszam takich tematów, jak subiektywne odczucia względem estetyki systemu – wiadomo, że najlepiej wygląda zrobiony przez nas samych pod nasze gusta. Vista w tym przypadku odpada na starcie ze względu na cukierkowatość i kobylastwo.
Podsumowując – warto zainwestować trochę czasu, żeby doprowadzić do stanu używalności sprzęt, na którym będziemy pracować. Dla własnej wygody. :-)</description><pubDate>Tue, 30 Oct 2007 12:22:30 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2007/10/30/vista-wio/</guid><category>Przemyślenia</category><category>Soft</category><category>Varia</category></item><item><title>UltraX Media Desktop troubleshooting</title><link>http://blog.jiobel.com/2007/10/28/ultrax-media-desktop-troubleshooting/</link><description>Jeśli komuś przyjdzie do głowy instalowanie sterowników do UltraX Media Desktop w Windows Server 2003 to będzie musiał się trochę nakombinować.
Instalowanie SetPoint 4.0 jest nie za dobrym pomysłem. Przede wszystkim z tego względu, że nie wykrywa klawiatury i myszy. Czyli mamy panel sterowania, ale nie mamy obsługi i wsparcia dla rzeczy właściwej, dla której przeprowadzaliśmy owy proces instalacji. Więc po co i co dalej?
Odkurzamy na początek płytkę, którą dostaliśmy z zestawem (wersja sterownika: 2.3) wkładamy do czytnika i… Albo kopiujemy na dysk, albo pracujemy na obrazie. Pomijamy autostart – podczas owego zostaniemy uraczeni komunikatem, że:
Niestety, to oprogramowanie nie jest zgodne z systemem operacyjnym. Oprogramowanie zgodne z tym systemem można pobrać z witryny www.logitech.com.
Co jest według mnie bezedurą absolutną.
All current Logitech® keyboard hardware will function with Windows Server 2003 as a standard 104 key keyboard. Logitech keyboards utilize Windows Server 2003 internal (native) drivers.  However, the iTouch, KeyCommander, and SetPoint softwares are not supported in the Windows Server 2003 operating system.
Dalej wchodzimy we właściwości pliku setup.exe i ustawiamy zgodność na Windows XP. W następnych częściach instalacji potwierdzamy wszystkie komunikaty i cieszymy się pełną obsługą naszej jakże seksownej myszki i klawiaturki. A logitechowi dziękujemy za… dobry sprzęt i marnej jakości rozwiązania od strony software`owej. ;-)</description><pubDate>Sun, 28 Oct 2007 18:35:17 +0100</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2007/10/28/ultrax-media-desktop-troubleshooting/</guid><category>Hard</category><category>Soft</category><category>Techblog</category><category>Varia</category></item><item><title>Pokrótce o odzyskiwaniu praw</title><link>http://blog.jiobel.com/2007/10/26/po-krotce-o-odzyskiwaniu-praw/</link><description>Dzisiejszego dnia popełniłem reinstalację swojego systemu. Powodów było wiele. W odległej przeszłości przeprowadzałem ową i tak samo jak wtedy i dziś nie obyło się bez kłopotów. Wszystko przez własne niedopatrzenia, zaniedbania i pośpiech.
Tak, jak sam proces formatowania partycji, instalacji systemu, przywracania danych z ręcznego backupa nie był jakoś szczególnie trudny i problematyczny, tak chęć uzyskania dostępu do danych w odpowiednich katalogach już owszem.
Sytuację nakreślę na przykładzie katalogu Dokumenty, który był związany z systemowym Moje dokumenty. Przy próbie dostępu z nowego systemu (nowa domena, nowy identyfikator sprzętowy, nowy użytkownik) raczy nas swoim pięknem komunikat:
* is not accessible. Access is Denied.
Wszelkie próby dostania się kończą swój żywot w początkowej fazie. Przyczyna? Brak przydzielonych praw do przeglądania, modyfikowania, etc. a raczej zmiany z poprzedniego systemu na nowy. Rozwiązanie? Proste dość. A i zabawne.

Properties
Security
w tym miejscu nie przejmujemy się komunikatami o błędach, alertach o czymkolwiek, itd :-)
Advanced
wchodzimy w panel Owner
przypisujemy siebie (swoje konto), a dla wygody, żeby nie klikać tak do wszystkich podkatalogów dajemy jeszcze ptaszka przy Replace owner on subcontainers and objects

Dzięki takim zabiegam, znowu mamy swoje dokumenty i nie wyrywamy sobie włosów z głowy, że straciliśmy wszystkie projekty (kasa, kasa, kasa ;-)) o łącznej wadze 7 GB.
Uff...</description><pubDate>Fri, 26 Oct 2007 21:48:43 +0200</pubDate><guid>http://blog.jiobel.com/2007/10/26/po-krotce-o-odzyskiwaniu-praw/</guid><category>Soft</category><category>Techblog</category><category>Varia</category></item></channel></rss>