Biedronka to chyba najlepszy przyjaciel studenta. Nie dlatego, że jest ładna, malutka i taka milusia – zdecydowanie. Tym bardziej nie dlatego, że jest czerwona. I ma kropki…

DI - e-gazeta do marnowania czasu

Więc? Przy odpowiedzi na postawione pytanie, zastanówmy się nad tematami pobocznymi. A może odpowiadać nie trzeba będzie?

Czytaj dalej...

Fotosesja

17 Cze, 2008

Martyna, fotosesja

Polacy przegrali. W czasie meczu, który trochę mi uciekł, gdyż zajęty byłem aparatem i pstrykaniem fotek, nie wydarzyło się nic, co mogłoby mnie na chwilę odciągnąć od trybu manualnego tego swoistego Canona, który – mimo, iż to początek mojej przygody z cyfrakami – wkurza mnie niemiłosiernie swoją topornością, brakiem funkcji, których oczekiwałbym i przede wszystkim – ich dostępnością. Ale im cięższe początki, tym lepiej później jedzie się z górki (oparte na rowerowych doświadczeniach).

Martyna dzielnie znosiła celowanie w nią obiektywem i samopowtarzający się „pstryk”. Zdjęć wyszło troszkę, fakt – tak w sam raz, żeby wybrać te mniej rozmazane i postarać się o usunięcie resztek zauważalnych poruszeń ręki. Trudna jest manualna stabilizacja obrazu. ;-)

A przy okazji – głosy o mojej śmierci są mocno przesadzone. ;-)

Wyobraź sobie sytuację, że siedząc w domu nachodzi Cię ochota na jedzenie – jesteś cholernie głodny. Zastanawiasz się przez chwilę, gdzie mógłbyś naprawdę dobrze, syto i smacznie zjeść (pomijamy cenę – jesteś bogaty, więc pozwolić sobie możesz na ekstrawagancję – w końcu to li tylko sytuacja hipotetyczna, prawda?). Wybór masz trudny. W przeciwieństwie do sytuacji realnej – nie, nie ze względu, że jest tak skąpy i ograniczony – wręcz odwrotnie.

Wychodzisz na ulicę, na której wiesz, że znajdziesz knajpkę, która zaspokoi Cię w 100%. Wiesz to, bo ulica ta słynie z tego rodzaju usług. Opinie ma naprawdę dobre. Słynęła niegdyś z tego, iż na owej jadały dość często-i-gęsto sławy, którzy dziś potocznie (i idiotycznie, swoją drogą) nazywani są mikrocelebrytami. To o czymś świadczyć musi – bezsprzecznie.

W Łodzi na ulicy Piotrkowskiej istnieje miejsce, z którego cieszą się jedynie studenci, ludzie mniej zamożni lub gustujący w daniach z gołębia, czy psa. Potocznie nazywane jest Chinatown, a nazwą swą odzwierciedla w 100% wyobrażenia potencjalnego wyobrażacza. Tylko trzeba wziąć poprawkę, lub ich kilka:

  • jesteśmy w Polsce,
  • w Łodzi.

Nie, to nie zlepek kilku restauracyjek – to bardzo przypadkowo poustawiane, obdrapane, brudne – wręcz obleśne – budki, których wzór chyba każdy zna, kto choć raz odwiedził jakieś miejskie targowisko. Chodniki obsrane przez wszechobecne psy, lub jeszcze latające gołębie. Zdarza się, że ktoś z gości prześpi się na środku placu; jeśli jednak jeszcze nie śpi, a obija się od drzewa do drzewa trzeba uważać na jego ciągle rosnącą agresję w stosunku do każdego, kto pojawi się na widoku. Nie jest fajnie, bynajmniej. Mimo wszystko, ludzie tam chodzą, bo muszą.

Sytuacja przedstawia się więc następująco – rozglądając się po całej ulicy, idąc od witryny do witryny i podziwiając cały ten przepych w końcu trafiamy na miejsce, które nas odrzuca. Prawda, że cały urok, który był budowany z takim trudem przez wspólnotę restauratorów został zniweczony w parę chwil? Dlaczego zatem nie zacząć protestować?

W tym właśnie momencie pojawia się sprawa, do której Cię wprowadzam od jakiegoś czasu…

Czytaj dalej...

Wszelkiej maści poradniki, które mają w założeniu pomóc bloggerom zacząć i/lub rozwijać się w blogowaniu są moim zdaniem – do dupy. Tipsy fajne są niezaprzeczalnie – to fakt. Jednakże powiedzenie, które sprawdza się (mimo swoistej paradoksalności zawartej w samym sobie) prawie w każdej sytuacji moim zdaniem celnie opisuje zjawisko trafiania w target z takowymi właśnie:

Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego.

Doskonale jednak wiemy, że takie właśnie porady w zjadliwej formie spotkają się z aprobatą i optymistycznym odbiorem wśród szerokiego grona czytelników. W szumie (misz-maszu) każdy jest w stanie wybrać coś, co go zainteresuje, prawda? Bo – to trzeba przyznać – jakiś informacji dostarczają owe i rzeczywiście mogą pomóc w starcie inteligentnemu bloggerowi (bo tylko taki jest wybrać wśród dostępnych środków te przydatne – potrzebne, niezbędne, fajne), lub rozwoju temu bardziej zaawansowanemu, lecz żyjącemu poza mainstreamem. Z pewnością też ten przysłowiowy mistrz blogowania znalazłby coś ciekawego…

Do czego jednak piję w tym przydługim wstępie? Przede wszystkim do nadmiarowości. Głównie w wyglądzie Twojego bloga – tego, co niejednokrotnie atakuje czytelnika bloga.

Jeśli potrafisz dostrzec rzeczy, które są totalnie zbędne, nie pasujące do całości lub po prostu irytujące w swojej budowie – jesteś na dobrej drodze do ich eliminacji, oznaczenia etykietą #crap i ich ignorowaniu przy każdej nadarzającej się okazji (czyli odwiedzenia kolejnego genialnego poradnika dla chcę-być-bloggerem-i-zarabiać-kasę).

Pamiętaj zatem – Twoja strona ma być czysta jak papier toaletowy przed użyciem. I nie ten najtańszy – wręcz przeciwnie. Bo w końcu ma być miła w odbiorze? Tego chcemy w tych obu rzeczach: my – czytelnicy i Ty – ten, który się produkuje.

Dzięki temu rozróżnisz te dwa produkty jednym ważnym szczegółem – przestanie być do dupy. Twój blog, oczywiście.

Pewnie część z was pamięta czasy, gdy najpopularniejszym nośnikiem do przechowywania muzyki były kasety magnetofonowe. Popularne sześćdziesiątki lub późniejsze i droższe dziewięćdziesiątki – co w przełożeniu na dzisiejszy język oznacza ni mniej, ni więcej – czas, który dało się wykorzystać. Taka pojemność dzisiejsza. Po pół godziny na dwie strony A i B (albo 45 minut w drugim przypadku). W zupełności wystarczało to większości z nas, którzy poświęcali się słuchaniu na domowym sprzęcie zwanym pospolicie jamnikami, albo Ci zamożniejsi i z natury bardziej mobilni – walkmanach, muzyki. Z tymi wszystkimi trzaskami i rozciągnięciami. I nie przeszkadzało wtedy nikomu, że taśma się wciąga, że młodszy brat skasował zawartość…

Dziś pozostały wspomnienia li tylko. I nic więcej. Siedzimy przed monitorem komputera, który posiada bebechach swoich dysk, który pomieści muzykę, jaką dałoby zebrać się w całym wysokościowcu na kasetach kompaktowych… ;-)

Po rozmowie w sobotni poranek (przed 9am!) z Riddlem, odsłuchaniu jego kompilacji, wymianie komentarzy przyszedł czas i na mnie. Takim oto efektem powstał muxtape wsluchawkachciszypodole, z którego jestem całkiem-całkiem zadowolony – w końcu przedstawia mój profil muzyczny. ;-)

Czemu tak bardzo podniecam się serwisem, który jest ascetyczny w swej formie? Bo wspomnienia fajne są – to przede wszystkim. Wspomnienia siostry, która całymi wieczorami czekała na upragnioną audycję w radiu, by móc sobie ją nagrać. Siostry, która z wypiekami na twarzy wracała od koleżanki, gdzie spędzały całą godzinę (bo magnetofon nie miał funkcji szybkiego przewijania) siedząc wpatrzone w czarną skrzyneczkę jak bożka, gdy ta mieliła dwie kasety w efekcie dając jeszcze gorącą kopię. Wspomnienia mnie samego, który gdy był jeszcze za mały, by zrozumieć, że muzyka jest wielkim ładunkiem energii, bez którego nie da się obejść, słuchał w ciemnym pokoju Michaela Jacksona. Mnie samego, który później już podkradał kasety z szuflady siostry, żeby zobaczyć, co ona tam ma… Tak – fajnie pamiętać takie rzeczy.

A Ty? Pochwal się swoją kasetą…

Przyszedł czas wymienić swojego Samsunga x660, który służył mi dzielnie przez 2 lata intensywnego użytkowania. Jedyne oznaki zniszczeń na nim to pościerana wykładzina klawiszy sterujących (krzyżaka) najprawdopodobniej przez moje złe przyzwyczajenie ślizgania po owym palcem, zamiast klikania. Mimo wszystko uważam, że 2 lata to całkiem długo jak na telefon komórkowy ze średniej półki – stąd też ocena jak najbardziej pozytywna jeśli chodzi o ogólne wrażenia i markę Samsung, o której nie miałem przed tym modelem dobrego zdania.

nokia 6300

Przechodząc już powoli do części właściwej tego wpisu – zmigrowałem ponownie na Nokię. Z kilku względów, ale przede wszystkim jej renomę, wsparcie i… Tak naprawdę to tylko przez ten model. Mianowicie Nokię 6300.

Czytaj dalej...

PKP 5.0

27 Lis, 2007

W niedzielę podróżowałem niewygodnym busem relacji dom – Łódź. Wtedy nie spodziewałem się, że wpadnę na tak genialny pomysł z serii „jak zarobić kasę dzięki konceptowi”.

Czytaj dalej...

Picasa jako baza adresów e-mailowych do spamowania? Bardzo prosto i to nawet dzięki wyszukiwarce od tej samej korporacji. Wystarczy proste zapytanie:

"picasaweb.google.com/*"

i w wyniku dostajemy ponad 1,580,000 wyników, gdzie ktoś był tak miły, że linkował do jakiegoś albumu. Dzięki temu w prosty sposób mamy dość pokaźną listę potencjalnych ofiar.

Ofiar się spytasz? Owszem. Adres użytkownika w Picasa ma formę:

picasaweb.google.com/%user%

co przekłada się na adres Gmailowy, czyli:

%user%@gmail.com

Wygrepowanie z wyników owego usera nie jakimś specjalnie trudnym zajęciem, stąd wcześniej określenie tej metody pozyskiwania danych jako łatwa.

google.com

Ficzery takiego rozwiązania? Personalizowanie ataku na kraje. Przykład? Wystarczy określić domenę globalną i voila:

"picasaweb.google.fr/*"

Jedynym minusem takiego rozwiązania jest atakowanie skrzynek Gmailowych, które w moim odczuciu mają całkiem sprawne filtry antyspamowe. Ale od czego jest yahoo – flickra też można wykorzystać w podobny sposób. ;-)

Mam świadomość tego, że ktoś mógł już opisywać wcześniej to, co ja tutaj. Tak więc – gdyby rzeczywiście tak było, proszę o info, to zaktualizuje wpis.

Viśta wio!

30 Paź, 2007

Pojedynek gigantów – preinstalowany Windows Vista z wszystkimi dodatkami od IBM Lenovo kontra Windows z rodziny NT z zainstalowanymi prawie wszystkimi sterownikami od samego producenta.

  • Ilość procesów po starcie wszystkich programów
    • 89 – 39
  • Ilość zajmowanego miejsca na dysku (partycja systemowa – system + sterowniki)
    • 26GB – 3.6GB
  • Przybliżony czas zimnego startu
    • 2 minuty – 45 sekund

To chyba najważniejsze rzeczy, które udało mi się zauważyć podczas użytkowania tych dwóch systemów na tej samej platformie.

Oczywiście nie poruszam takich tematów, jak subiektywne odczucia względem estetyki systemu – wiadomo, że najlepiej wygląda zrobiony przez nas samych pod nasze gusta. Vista w tym przypadku odpada na starcie ze względu na cukierkowatość i kobylastwo.

Podsumowując – warto zainwestować trochę czasu, żeby doprowadzić do stanu używalności sprzęt, na którym będziemy pracować. Dla własnej wygody. :-)

Jeśli komuś przyjdzie do głowy instalowanie sterowników do UltraX Media Desktop w Windows Server 2003 to będzie musiał się trochę nakombinować.

Instalowanie SetPoint 4.0 jest nie za dobrym pomysłem. Przede wszystkim z tego względu, że nie wykrywa klawiatury i myszy. Czyli mamy panel sterowania, ale nie mamy obsługi i wsparcia dla rzeczy właściwej, dla której przeprowadzaliśmy owy proces instalacji. Więc po co i co dalej?

Czytaj dalej...

Dzisiejszego dnia popełniłem reinstalację swojego systemu. Powodów było wiele. W odległej przeszłości przeprowadzałem ową i tak samo jak wtedy i dziś nie obyło się bez kłopotów. Wszystko przez własne niedopatrzenia, zaniedbania i pośpiech.

Tak, jak sam proces formatowania partycji, instalacji systemu, przywracania danych z ręcznego backupa nie był jakoś szczególnie trudny i problematyczny, tak chęć uzyskania dostępu do danych w odpowiednich katalogach już owszem.

Sytuację nakreślę na przykładzie katalogu Dokumenty, który był związany z systemowym Moje dokumenty. Przy próbie dostępu z nowego systemu (nowa domena, nowy identyfikator sprzętowy, nowy użytkownik) raczy nas swoim pięknem komunikat:

* is not accessible. Access is Denied.

Wszelkie próby dostania się kończą swój żywot w początkowej fazie. Przyczyna? Brak przydzielonych praw do przeglądania, modyfikowania, etc. a raczej zmiany z poprzedniego systemu na nowy. Rozwiązanie? Proste dość. A i zabawne.

  1. Properties
  2. Security
  3. w tym miejscu nie przejmujemy się komunikatami o błędach, alertach o czymkolwiek, itd :-)
  4. Advanced
  5. wchodzimy w panel Owner
  6. przypisujemy siebie (swoje konto), a dla wygody, żeby nie klikać tak do wszystkich podkatalogów dajemy jeszcze ptaszka przy Replace owner on subcontainers and objects

Dzięki takim zabiegam, znowu mamy swoje dokumenty i nie wyrywamy sobie włosów z głowy, że straciliśmy wszystkie projekty (kasa, kasa, kasa ;-)) o łącznej wadze 7 GB.

Uff...

Metoda na backupa

05 Lip, 2007

Archiwizacja danych jest bardzo ważna. Tym bardziej, jeśli chodzi o dane, które trzeba mieć. Przekonał się o tym każdy, albo przekona się niebawem. Nieudowadniane, ale przyjmowane jako aksjomat prawo Murphy`ego od lat zbiera żniwo wśród wszelkiej maści informatyków. Istnieje mnóstwo metod na robienie backupów. Posiadanie oddzielnego dysku, wypalanie na DVD, trzymanie na niezawodnym serwerze (to ostatnie coraz popularniejsze przy coraz szerszych pasmach przesyłu). Każda metoda jest dobra, ale posiada wady.

Michał Dulemba wymyślił, że każdą płytę DVD będzie opisywał, wkładał do woreczka i o nią dbał. Jednym słowem – oczko w głowie. ;-) Dużo roboty, prawda? A jeszcze trzeba wziąć pod uwagę, że przy szukaniu czegoś konkretnego, trzeba przejrzeć w cholerę etykiet. Pewien ktoś powiedziałby mi od razu, że "ten Twój algorytm jest do pupy". Zgoda, ale co jak można go poprawić? Osobiście poleciłbym mu program WhereIsIt (lub jakiś freeware`owy odpowiednik). Dzięki temu na płycie napisałby sobie tylko numerek, włożył do piórnika i trzymał. Płyty by się nie rysowały, co jest chyba rzeczą bardzo ważną w tym przypadku. Potem, gdyby chciał znaleźć konkretną rzecz użyłby wbudowanej szukajki i… voila! A co robi program? Najkrócej? automatyzuje katalogowanie, ułatwia późniejsze wyszukiwanie.

Jaki ja mam sposób na to wszystko? Planuję kupić nowy dysk, bo czuję, że i ja mogę się niedługo przekonać, co znaczy stracić dane (pomijam przypadki, gdy stary dysk zaczął świrować i przy uruchomieniu losowo widział, bądź nie, odpowiednią partycję). Do tego czasu ratuję się wrzucaniem konkretniejszych rzeczy na serwer. I powiem szczerze, że pasuje mi taka metoda. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę potęgę ls`a i find`a. ;-)

Co robi student, który ma przerwę w nauce? Gotuje. Absolutnie, jeśli tyczy się to mnie. A co dziś w kuchni mistrza Błażeja? Tortilla – i to nie byle jaka. Na wzór tej z McDonalda, ale lepsiejsza – domowa. :-)

tortilla - gotowanie

Czytaj dalej...

Kolokwium z sysopów i moje przykładowe rozwiązania do niektórych zadań… Mile widziane alternatywne toki rozumowania i rozwiązania. :-)

Czytaj dalej...

Pewnego pięknego dnia dowiedziałem się, że kiedyś tam ogłoszony konkurs na logo do programu xmms2 zmienił się w oficjalny contest. Dowiedziałem się również, że jestem zaproszony do wzięcia w nim udziału. Myślę sobie – super! Logo mam zrobione, więc nic mi nie stoi na przeszkodzie, żeby wysłać co nieco do panów od tego typu niespodzianki. Pierwszym problemem okazało się odzyskanie plików, które po padzie dysku trzymałem na życzliwie użyczonym mi koncie na dość mało znanym hostingu. Pomińmy kwestię tego, że musiałem się nieźle natrudzić, żeby w ogóle móc coś tam zdziałać (i nie mówię tu o tak banalnej sprawie jak download a raczej o… zalogowaniu się na konto).

img

Sprawa została wyjaśniona. Szczęśliwy wziąłem się za czytanie regulaminu konkursu. W między czasie z pomocą Riddla trochę pomailowałem z organizatorami, dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy, etc. Logo moje było wpierw robione w programie, który umożliwił mi zapisanie pliku do formatu psd. Całość oparta na shape`ach, więc nawet nie przyszło mi do głowy, że coś później może być nie tak. Jednym z wymogów konkursu było to, że logo musi być zapisane do svg i do png. Z tym drugim to sobie jako tako radzi nawet paint, stąd nie miałem obaw co do svg. Myślałem sobie, że pójdzie gładko.

Czytaj dalej...