Jiobla Świat

jid: jiobel@jiobel.com

Czara się przelała, czyli o nieuczciwych praktykach pewnego sklepu

Niecały rok temu, jak się wprowadzaliśmy do mieszkania na Bałutach, byliśmy zadowoleni z tego, że praktycznie pod blokiem mamy, większy niż osiedlowy, sklep. Wtedy nazywał się Globi i nie wyglądał zachęcająco. Wszechobecny brud, smród na dziale mrożonek, wysokie ceny, długie kolejki przy jednej otwartej kasie. Po pierwszych zakupach przekonałem się, że niekoniecznie ceny podane pod produktem (na półce) zgadzają się z tymi nabijanymi na kasie. Zwrócenie uwagi kosztowało trochę nerwów.

– Jak pan zauważy różnicę, to my ją zwracamy – za każdy razem powtarzała, jak mantrę, kierowniczka.

– A gdy nie zauważę?

– Jak pan zauważy, zwracamy różnicę.

Dalsze prowadzenie dyskusji zazwyczaj nie prowadziło do niczego, ale niesmak po tym, jak sklep chciał Cię oszukać na 5zł średnio za produkt, pozostawał przez długi czas. Jeszcze wtedy byłem w stanie zrozumieć sytuację sklepu. Tłumaczyłem sobie, że skoro ma być remont, zmiany dążące do tego, żeby klientowi kupowało się lepiej – tak, to mogę zrozumieć i za każdym razem trochę bardziej uważać. W tym czasie zdarzyło mi się kupować tam parę razy w tym samym schemacie:

  1. do koszyka,
  2. do czytnika,
  3. do kasy,
  4. zapłać
  5. poproś o zwrot różnicy,
  6. przekonaj kierowniczkę do tego, że produkt ma inną cenę,
  7. odbierz gotówkę,
  8. wyjdź ze sklepu ze wzrokiem kasjerek utkwionym na plecach.

Minęło parę tygodni zanim znów zmuszeni byliśmy iść do tego samego sklepu. Powody zawsze się znajdą – a bo w portfelu nie ma gotówki (a można płacić kartą przecież), a bo pada, a bo zimno. A sytuacja przy kasie powtarzała się prawie za każdy razem. Wspólnie ze współlokatorami obmyślaliśmy plan, jak zwrócić uwagę sklepu na to, że mają tam burdel. Pojawiło się kilka scenariuszy działania, ale w zasadzie – nic z tego dalej nie wynikło.

Moje postanowienie nie kupowania w tym sklepie utrzymywało się przez kilka kolejnych miesięcy. Przez ten czas sklep zmienił nazwę na Carefour Express, wystrój wnętrza również. Miałem nadzieję, że sytuacja się poprawi i spokojnie będę mógł chodzić po jakieś mniejsze zakupy. Bez zbędnego martwienia się o to, czy ukradną mi jakieś drobniaki.

Jak to mówią – „nadzieja matką głupich”. Wczoraj kupiłem krem czekoladowy przeterminowany ponad miesiąc. Dziś poszedłem sprawdzić – większość z wystawionych na półce jest trochę starsza niż zaleca producent, nawet o pół roku.

Nowopodejście

Pomyślałem sobie, że dobrym pomysłem byłoby stworzenie cyklicznych tematycznych wpisów. Raz na tydzień, cztery razy w miesiącu starałbym się przedstawić pełen perełek art. Tak trochę w imię zasady – dla każdego coś dobrego. Powodów, dzięki których pozytywnie myślę o takiej formie pisania jest kilka.

  • Oszczędność czasu – rozdzielenie zadania na procesy może skutkować jego szybszym skończeniem bądź przedstawieniem szerszego aspektu zagadnienia,
  • stworzeniem wpisu wielorakiego rodzaju – przy niezbyt rozwiniętym warsztacie pisarskim dobrym pomysłem jest łączenie artykułu z kilku, kilkunastu części by dopiero w etapie końcowym dojść do ładu-i-składu (takie trochę klocki lego ;-)),
  • łatwość budowy dłuższej formy,
  • jakość – dopracowanie pojedynczych elementów owocuje dobrą jakością całości,
  • wielowątkowość – pozbycie się paru czynności na rzecz innej osoby ułatwia pracę (dzięki martyśka! :*).

I gdy tak sobie to wszystko jeszcze przeglądam, dochodzę do wniosku, że tych kilka wyżej wymienionych punktów, przekonuje mnie w zupełności. Więc – postanowione. :-)

Blogowa retrospekcja

Jakiś czas temu napisałem tekst, który w zasadzie miał zostać odebrany jako recenzja. Jeśli jednak przeczytałbym go w teraz, bez żadnych emocji – sądzę, że nie byłby on zbyt pomocny dla czytelnika. Bo, tak mi się wydaje, recenzja powinna zawierać chociaż iluzję tego, że do tematu podchodzi się profesjonalnie opisując zarówno pozytywy, jak i negatywy produktu. Podchodząc generalnie do niego. A w przytoczonym tekście? – przegiąłem w jedną stronę. Owszem, były zamiary (nawet sygnalizowane na końcu tekstu) napisania drugiej części, w której opisałbym oprogramowanie, dzięki któremu działa telefon a, jak chyba większość użytkowników komórek klasy średniej, nie pałam jakąś bezwzględną i gorącą miłością do systemu Nokii. Ale na zamiarach się skończyło. Często bowiem jest tak, że jeśli jest pomysł, i jeśli go nie zrealizujemy w początkowej fazie – pomysł się zmarnuje. Odkładanie czegoś na później nie wpływa pozytywnie na efekt końcowy, którego najczęściej, w takiej sytuacji nie otrzymujemy. Oczywiście, jeśli możemy w ogóle mówić o jakimś efekcie końcowym.

Są takie rzeczy, które można zrecenzować li tylko negatywnie, besztając wszystko, co jest z nimi związane i je same, ale również takie, które zachwycają mimo upływu czasu – bezwzględnie. Ale i czy w tym wypadku możemy mówić o recenzji? O profesjonalnym podejściu do produktu?

Około roku temu zastanawiałem się, czy warto wydać wszystkie swoje oszczędności na jedną rzecz zamiast podejść do sprawy z drugiej strony wydając je na drobniaki. Dzięki bąblowi-dwa-zero (potocznie zwanym bańką Web 2.0) a konkretniej – sklepom z możliwością oceniania produktu – poznałem wszelkie możliwe opinie na interesujący mnie temat – użytkowników, przyszłych użytkowników, dzieciaków, których gra w Tibię znudziła do tego stopnia, że zaczęli o tym pisać próbując trafić do jak najszerszego grona odbiorców, oraz pewnie całego sztabu ludzi od dobrego wizerunku produktu.

Oprócz tego, że chciałem mieć, to chciałem pomóc. Bo gdybym miał opisywany produkt, swój stary sprzęt, oddałbym w dobre ręce.

Wracając do wątku – monitor w końcu kupiłem, bo to właśnie ten produkt mnie tyle kosztował. Użerałem się trochę ze sklepem (bo jak można przyjąć zapłatę za coś, czego się nie ma na stanie?), co i tak nie zepsuło mi całej zabawy i efektu końcowego. Bo bawiłem się prześwietnie podczas odpakowywania, podłączania wszelkich kabelków potrzebnych do pracy i wpatrywania się w ekran. Na pierwszy rzut oka – wow, kolosalna różnica w jakości obrazu. Nie tylko o rozdzielczość i kolor chodzi. ;-) A stary monitor dałem tacie, który zastąpił wysłużonego CRTka, co by mu się oczy tak nie psuły.

I w taki oto sposób wydałem swoje pierwsze pieniądze na coś, co cieszy mnie do dziś.

Myślałem, że po upływie czasu potrzebnego na oswojenie się z nową rzeczą, poznaniu jego funkcji, tych mniej oczywistych plusów i mniej zauważalnych minusów napiszę kolejnego arta, w którym będę mógł się podzielić przemyśleniami. Przez całe to analizowanie (sytuacja opisywanej na początku tego tekstu), sam moment napisania kolejnej recenzji odwlekał się tydzień za tygodniem, tym samym powodując u mnie osłabnięcie początkowo dużej determinacji do opisania produktu. Czyli generalnie – im więcej czasu mijało, tym mniej mi się chciało zaczynać temat.

Ktoś mi kiedyś powiedział coś, co szczególnie mocno zapadło w moją pamięć.

Jeśli już masz coś napisać – nie pisz tego tak, jak czytelnik chciałby przeczytać. Miej to w dupie i pisz tak, jak chciałeś na samym początku. Jesteś bloggerem – nie dziennikarzem, czy kolejnym specjalistą w blogosferze.

I gdyby to tak trochę złagodzić, to zgodziłbym się w 100% z powyższym. Poprawność polityczna w dialogu międzyludzkim i tutaj, w blogosferze – poprawność w stosunkach pisarz-czytelnik (albo, jak kto woli grafoman-troll), może powodować obumieranie (zmniejszanie się?) początkowej świeżości i fascynacji tym całym nurtem – mówieniem, pisaniem, dzieleniem się sobą z innymi.

Wnioski? Każdy pewnie i tak wyciągnie swoje. Ja… Ja chyba lubię Jiobla Świat. Czy taki spokojny – jak teraz, czy głośny i ruchliwy – jak kiedyś.

Show us your…

Przychodzi taki moment, wieczorem – w życiu każdego zapracowanego człowieka, że żołądek daje o sobie znać w sposób nieakceptowalny. Większość ze znanych mi osób pierwsze co robi, to próbuje go czymś, zazwyczaj czymkolwiek, wypełnić by poczuć sytość i przestać zawracać sobie nim głowę. Rozwiązanie jak najbardziej dobre, bo efektywne, lecz można się zastanowić, czy rzeczywiście najlepsze. Po przeprowadzeniu procesu zliczania plusów w konfrontacji do minusów stwierdzam, że niekoniecznie.

I tak pewnego razu, zastanawiając się nad jutrzejszym obiadem wspierając się różnego rodzaju stronami z przepisami, doszedłem do wniosku, że naprawdę miłym dodatkiem do takiego, jeszcze czysto wirtualnego dania, byłoby jego przedstawienie w zmaterializowanej formie. Żeby mózg mógł trochę pomęczyć nasze ciało i samego siebie wytwarzając ślinę i powodując jeszcze gwałtowniejsze reakcje naszej dolnej części korpusu (nie, trochę wyżej ;-) no dobra… – chodzi o burczenie w brzuchu ;-p).

Rozwiązanie powyższego problemu? Galeria, bo przecież galeria dobra jest na wszystko! W tym konkretnym przypadku chodzi o fotoffi.pl, gdzie każdy ma możliwość wrzucenia zdjęć żarełka, dodania przepisu i komentowania tego, co udało się innym uchwycić. Co mi się podoba? Prostota, czystość i przejrzystość zasad, jak i całego frontendu (który, trzeba przyznać, czerpie pełnymi garściami z podobnych przedsięwzięć) pozytywnie wpływa na odbiór i pozwala się skupić na tym, co najważniejsze – produkowaniu ochoty na jedzenie. ;-)

fotoffi.pl - zrzut ekranu

Przy okazji opisywania galerii, którą bardzo często zdarza mi się odwiedzać, nie sposób nie wspomnieć o innych, może już niekoniecznie związanych z kulinariami.

Na początku wspomniałem, że siedząc przed monitorem, pochłaniając kolejne strony manuala, projektując najlepszy (w naszym mniemaniu) interfejs, czy po prostu tracąc czas na blipa, joggera, czy inne wykopy przychodzi czas, że coś musimy zjeść… Zaraz, zaraz – o tym już pisałem. A o czym to ja tu? A! – biurka, komputery i monitory. Mianowicie, dlaczego nie mielibyśmy pokazać naszego stanowiska dowodzenia, punktu z którego pewnego pięknego dnia opanujemy Świat? Odpowiedzi negatywnych na te pytania nie znaleźli autorzy galerii wherewedowhatwedo.com i stworzyli prężnie rozwijające się miejsce dla wszelkiej maści lanserów, masochistów, czy innych, prostych ludzi, którzy tylko chcieli się pochwalić swoim biurkiem.

wherewhatwedo.com - zrzut ekranu

A czemu nie pokazać tego, co mamy na monitorze? Mimo, że Stanisław Małolepszy i Szymon Błaszczyk kierowali się trochę innymi przesłankami niż autorzy poprzedniej galerii, stworzyli kolejne miejsce, które posiadłem w zakładkach – show us your desktop na flickrze.

show us your desktop - zrzut ekranu galerii na flickr.com

I tak, zdaję sobie sprawę, że od dawien-dawna nie jest aktualizowana, że można znaleźć lepsze, obszerniejsze, czy bardziej inspirujące, chociażby i również na flickrze.

Galerie stron? Żaden problem! Witia wykonał kawał dobrej roboty sporządzając listę tych najpopularniejszych, najlepiej zarządzanych. Nic tylko podziękować i korzystać.

Czy coś jeszcze można pokazać? Owszem, i takie i owakie galerie szwendają się gdzieś w czeluściach mojej biblioteki zakładek. Ale chyba nie czas i nie miejsce na ich pokazanie. Zostawię sobie tę przyjemność na następną notkę. Może… :-D

Roweromania #1

Ponad tydzień temu przywiozłem swój rower do Łodzi. Po 4 latach przerwy w pedałowaniu, która wynikała w dużej mierze z mojego lenistwa, zabieram się za odbudowę formy. Albo raczej – za siebie. Bo skutki siedzenia przed komputerem do późna w nocy, złe nawyki w odżywianiu dają się we znaki – nie mam siły. Na nic.

Znam kilka sposobów, żeby nie budzić się zmęczonym, co miało miejsce do niedawna i było potęgowane wyjściem z zimowego letargu (z czego jedne są lepsze, drugie tylko-po-to-żeby-były) – wyspać się porządnie (wcześnie się położyć i wcześnie wstać), zmęczyć się na wieczór, intensywnie przeżyć dzień cały. Reszta w sumie jest albo kombinacją powyższych, albo pochodną. Jak się można domyślić, rower jest lekiem na całe zło, bo pozwala elementy przytoczone powyżej złożyć na wiadomą liczbę elementów gotowych do wykorzystania. ;-)

Od zeszłego tygodnia przejechałem około 60 (chyba nawet troszkę ponad to) kilometrów po drogach i chodnikach Łodzi. Co mi się rzuciło w oczy? – cholera, tylu ludzi na rowerach, rolkach, na spacerku / joggingu jeszcze nie widziałem, serio. W dzieciństwie setki kilometrów pokonywałem po duktach leśnych, drogach polnych, czy też swojego osiedla. Nie jeździłem po mieście, wśród tysięcy samochodów, innych rowerzystów, czy innych użytkowników drogi. Chyba nieźle wyszło mi przystosowanie się do nowych warunków, bo raz, że mi się podoba ta walka o każdy centymetr asfaltu, dwa – daję sobie radę.

Pierwszy dzień i pierwsza wyprawa to skok na głęboką wodę. Teoretyczne prześledzenie trasy, krótki pieszy rekonesans by zobaczyć, jak trasa w ogóle wygląda i siup! – w drogę. Z dworca Łódź Kaliska wyruszyłem ścieżką rowerową wzdłuż Włókniarzy by potem odbić w odpowiednią ulicę i dotrzeć do Inflanckiej. 30 minut pedałowania po zmroku (mam lampki, żeby nie było) z ponad 30kg torbą podróżną na plecach – nie powiem, byłem z siebie zadowolony.

Powiedzmy, że następne były już bardziej przemyślane, przygotowane i rozplanowane. Na przykład Ring 1 (dumna nazwa, wiem).

Dziś wróciłem szybciej, niż planowałem. Nakrętka przy kole tylnym z jednej strony była zbyt lekko przykręcona, co pod wypływem drgań spowodowało jej prawie całkowite odkręcenie. Całe szczęście, że wyczułem wibracje i spojrzałem. Mogło być nieciekawie, tym bardziej, że szykowałem się do zjazdu z całkiem pokaźnej wysokości górki. Rower, jak samochód – wymaga częstych przeglądów, tym bardziej przy tym trybie jego eksploatowania, jakim go katuję. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo zrobiłem generalny przegląd. Wyregulowałem tylne przerzutki, trochę bardziej wycentrowałem koło (które cholera, nadaje się tylko do wymiany), wyciąłem połamaną szprychę (zgadnij, które koło ;-)) i inne takie, które tylko poprawią komfort jazdy.

A ten się liczy. Codziennie rano trasa do szkoły utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze wybrałem środek lokomocji. Lawirowanie między samochodami i miny kierowców, gdy ty już jesteś po drugiej stronie a oni muszą czekać aż się korek lekko rozładuje. Ze szkoły znowuż dostarcza ciekawych widoków sponsorowanych przez zachodzące słońce. Przyznaję – podoba mi się takie rozwiązanie.

Najbardziej jednak męczy mnie (fizycznie stricte) jeszcze inna rzecz związana z rowerem – jego wnoszenie na 7 piętro, bo nie mieści się do windy. Dochodzi jeszcze rower koleżanki, który jest cholernie ciężki. Za niedługi czas jeszcze rower Martyny. I tutaj też cieszę się jak głupek – będziemy mogli jechać na piknik, za miasto, do centrum na zakupy, czy gdziekolwiek indziej, gdzie będziemy chcieli. Już się nie mogę doczekać. A granty (bo wnoszenie też formę Ci wyrobi, pamiętaj ;-)), których jestem świadom, powodują tylko uśmiech i jeszcze dynamiczniejsze jeżdżenie palcem po mapie – bo jutro też jest dzień i możliwość pojechania gdzieś, gdzie jeszcze nie byłem. :-)

Życie od kuchni

Moja mama zwykła mówić mi, że minąłem się z powołaniem. Mianowicie, przy każdej okazji, to jest, gdy tylko zaczynam coś robić w kuchni i efekty są zauważalne zachwyca się, i wcale tego nie kryje – co wbrew pozorom jest najważniejsze. Mówi mi wtedy również, że cieszy się, że lubię gotować. Bo sobie poradzę, bo kobiety to lubią, bo to miłe jest. A ja? Ja się cieszę podwójnie – gdy gotuję i, co oczywiste, gdy słyszę takie pochwały. No i oczywiście, gdy zjem, to co ugotowałem. ;-)

Od wczesnych lat, gdy była okazja, siedziałem w kuchni na blacie obserwując co i jak się robi. Bardzo wiele wyniosłem od babci, która pracowała w restauracji (czyli w zawodzie kucharki) przez lat kilkanaście, więc doświadczenia jej odmówić nie można. A tym bardziej smaku, ale to już na pewno moje subiektywne spojrzenie, więc w to, już tak bezwzględnie, wierzyć nie musisz. ;-) Babcia, mama mojej mamy, umiała zrobić wszystko, czego nauczyła się robić można było zaliczyć do grupy dań z najwyższej półki –  najlepsze na świecie placki ziemniaczane, surówki z marchewki, ciasta (którymi zachwyca się połowa rodziny), mięsa wszelkiej maści.

A na śniadanie zjadłem…

Około godziny trzynastej, czyli tej, o której zwlokłem się z łóżka, słońce raczej zachodziło niż wschodziło. Niestety – takie są skutki kładzenia się spać o przed piątą – po pasjonującym wieczorze filmowym z kolegą, który wrócił z kina i pochrapuje obok, gdy ty jednak chcesz obejrzeć do końca tę głupiutką amerykańską komedię.

Stare Polesie zamienione na Stare Bałuty

Już nie mieszkam koło Manufaktury – niestety, chciałoby się powiedzieć. Bo Manufaktura to jedno z fajniejszych miejsc w tej szarej Łodzi, z którą do tej pory miałem styczność. Szarej do tego stopnia, że potrzeba poprzebywania wśród czegoś zielonego (i nie mam na myśli na przykład zielonych, przysłowiowych czterech ścian), w ciszy i spokoju na tyle dostępnych, na ile pozwala to prawie milionowe miasto – dawała nam o sobie znać prawie codziennie. I tak, kierowani chęciami wyruszaliśmy z uśmiechem i nadzieją do naszych domów, gdzie tej właśnie potrzeby na zieleń można było dać ujście, by się nią nacieszyć. My – czyli Martyna i ja – bo odczucia, co do szarości, smrodu i tego całego betonowego miasta mieliśmy (i mamy) takie same. Tu a raczej tam, gdzie do tej pory mieszkaliśmy za długo nie da się wysiedzieć bez żadnych uszczerbków na zdrowiu (psychicznym i fizycznym stricte).

Teraz, co mnie niezmiernie cieszy, mogę otwierać okno i cieszyć się szumem drzew. Nie słyszeć tych pieprzonych samochodów, których kierowcy z silniczków 1.3 próbują wycisnąć setkę na odcinku nie przekraczającym 100 metrów. Nie czuć drgań całej kamienicy, gdy przejeżdża dość dobrze zapamiętana przeze mnie 15-stka tramwajowa. I przed oknem do tej pory nie bili się, co jest rzeczą niebywałą – bo ten właśnie widok był jeszcze 3 miesiące temu, widokiem najczęstszym.

Panorama – widok z okna

A ty w jakim języku programujesz?

Dlaczego ważnym elementem mojego życia jako muzycznego odbiorcy jest język polski, czyli mój – ojczysty? Bo go szanuję – i od tego argumentu należałoby zacząć łaskawie swe wątpliwej jakości wystąpienie.

Łona i Weber (źródło zdjęcia – last.fm)

A może tak, a może nie

Po długiej przerwie zbieram się w sobie, by stworzyć na nowo miejsce, w którym przebywasz właśnie, było Tobie przyjazne. Byś, drogi czytelniku wracał tu za każdym razem, gdy nacisnę przycisk opublikuj. Byś oczekiwał na nowości, z niecierpliwością patrzył na nie pojawiające się owe by w końcu odetchnąć z ulgą, gdy wreszcie się pojawią. I w końcu – bym w końcu i po tej wspomnianej, długiej przerwie zaczął znów odczuwać przyjemność z posiadania bloga.

pierwsza warstwa - projekt

Marzenia, marzeniami – wiadomym nie od dziś jest, że jedne chcą się spełnić same, a drugie… Nawet, gdy nie wiadomo jak się staramy pozostają na liście todo jako dalej nie zrealizowane. Niestety – taka kolej rzeczy i trzeba się z tym pogodzić, albo podobnie do Syzyfa walczyć, o ich wykreślenie z tej listy. A wiadomym jest chyba, jakiej on się podjął pracy. Tak więc – do czego chcę dojść? Do mety, w końcu.