Już po przeprowadzce. Nasze kartony spokojnie leżą sobie w mieszkaniu, w którym zamieszkamy od września. Tzn – mam nadzieję, że spokojnie, ponieważ jeszcze przez 3 dni mieszkanie okupowane będzie przez zupełnie obcych nam ludzi. Jedyna nadzieja w koledze, z którym zamieszkamy (i który na dzień dzisiejszy ma zastawiony pokój naszymi kartonami) – tak się złożyło, że mieszkał z nimi przez rok a zna się jeszcze dłużej, bo są z jednego miasta. Także jestem jakoś dziwnie spokojny, że wszystko będzie ok.
Pakowanie
Zbieranie kartonów rozpoczęliśmy tydzień przed „terminem zero” bo nauczeni, że nie ma co czekać na ostatni moment tym razem postanowiliśmy przeciwstawić się – zawsze wtedy. gdy się za długo czeka, okazuje się, że coś jest nie tak. Trochę pomógł nam kolega, od którego dostaliśmy kilka stricte przeprowadzkowych kartonów. Swoją drogą dwa dni później pojechałem (rowerem! fakt – głupi byłem, powrót z takimi wielkimi kartonami pod pachą nie należał do najprzyjemniejszych rzeczy a i do bezpiecznych również) do Castoramy po kilka następnych. I jakoś jestem przekonany, że cena 6zł za głupią tekturę się zwróciła - za wygodę się przecież płaci.
Okazało się, że ilość rzeczy, którą udało nam się zebrać jest zatrważająca. Przed końcem przyszłego roku nie może się tak zdarzyć, że mamy ich jeszcze więcej – po prostu nie damy rady się z nimi zabrać do nowego mieszkania. Także czeka nas wielkie segregowanie na „potrzebne”, „być może”, „do domu”.
Dobrze również, że koleżanka, z którą w sumie sie przeprowadzaliśmy, przywiozła kilka mniejszych kartonów. Śmiałem się, że wszystkie nasze rzeczy będą później pachnieć hamburgerami, kurczakami, frytkami – bo kartony były po produktach z McDonald`sa. Okazało sie jednak, że żadnych zapachów prócz takiego specyficznego „makulaturowego” nie było. ;-)
Przeprowadzka właściwa
Bagażówkę zamówiliśmy na 15. Do godziny 14 nie mogliśmy się pozbierać – czas tak wolno płynął, że człowiek chciał wyjść z siebie. Rzeczy popakowane, naczynia posegregowane (a wcześniej pomyte, wypolerowane) także za dużo człowiek nie może zrobić w takim mieszkaniu. I jeszcze komputer wcześniej odłączyłem, więc kompletnie zero pomysłu na zabicie czasu.
Jakoś godzinę wcześniej zaczęliśmy zwozić kartony przed klatkę. Trochę to zachodu wymagało, bo winda, którą przyszło nam jeździć ma swoje nastroje a projekt owej również do najszczęśliwszych nie należy. Pogoda mnie zabiła. Duchota i temperatura sprawiła, że normalnie pływałem w koszulce i spodenkach. ;-)
I to naprawdę miłe dowiedzieć się, że ma się znajomych, którzy w takich chwilach (gdy ich pomoc jest bardzo potrzebna) nie odwracają się, a jeszcze specjalnie przyjeżdżają (mimo wielu innych bardzo ważnych obowiązków) żeby pomóc w miarę możliwości.
O godzinie 15 wszystko było na dole. Ponownie ilość rzeczy mnie przeraziła. Dowiedziałem się również, że pan taksówkarz się spóźni. Cholera, tutaj stres dał o sobie znać – stan nieba wskazywał, że zbiera się na burzę – wtedy właśnie pierwszy raz tego dnia wybuchłem. Szybkie opanowanie emocji i dalszy ciąg roboty. O 15:10 pojawił się stary Mercedes dostawczak. Zapakowaliśmy w 10 minut – rekord.
5 minut później byliśmy już pod blokiem, do którego się wprowadzamy. Kolejne 10 minut na rozpakowanie i było po przeprowadzce. Zapłaciliśmy 35zł bo zmieściliśmy się w pół godziny. Nawet nie sądziłem, że tak szybko nam pójść. Zadowolenie wzrosło, gdy uświadomiłem sobie, że kilka minut więcej i byśmy stracili kilkanaście złotych więcej. Oszczędności w takiej chwili śię przydają – na przykład na obiad w KFC. ;-)
Wyprowadzka
Z czystym sumieniem, że wszystko się udało, wróciłem do mieszkania, gdzie mieliśmy dopakować rzeczy, które potrzebujemy i których nie powinniśmy zostawiać w Łodzi. Niestety, okazało się, że przez to całe zamieszanie, o sporej liczbie spraw zapomniałem – mój błąd. Jako, że po tym całym wysiłku wygląd mój pozostawiał wiele do życzenia, chciałem wziąć prysznic. Tutaj wybuchłem drugi raz, bo właściciele mieszkania zjawili się o wiele za wcześnie – całą godzinę. I teraz co? Jak się dopakować, gdy oni na karku, łażą po mieszkania i oglądają swoje włoście. No do cholery, jak umowa, to umowa, prawda?
Jakoś się opanowaliśmy z Martyną i dopakowaliśmy. Przyszła pora na płatności. To, że mamy dopłatę za wodę i troszkę za gaz i prąd – wiedzieliśmy od samego początku. Kwota, którą przyszło nam płacić – była porażająca. No ale ok – skoro zużyliśmy tyle i tyle, to będąc uczciwymi ludźmi – zapłaciliśmy, bez marudzenia. Ale wytykanie nam, że tu tapeta jakoś przybrudzona, że tam naderwane coś, że zdjęta firanka… No kurwa mać – tego, że wyczyściliśmy mieszkanie z robaków (karaluchy, prusaki i inne mrówki), że popodklejaliśmy tapety w łazience, ubikacji, że przykleiliśmy naderwane gumoleum w kuchni – tego oczywiście nie zauważyli. Można się było tego spodziewać. Taki typ ludzi.
Konsekwencje
Jako, że nie zgrały nam się terminy wyprowadzki naszej i ludzi z tego drugiego mieszkania, nie mieliśmy gdzie spać przez 3 dni. Telefony do najbliższych znajomych nic nie dały. Tutaj również można się było tego spodziewać – prawdziwych przyjaciół pozna się w biedzie. W końcu udało się znaleźć miejsce u kolegi kolegi, którego też znamy, ale nie na tyle, że moglibyśmy z Martyśką przypuszczać, że udostępni nam jedno łóżko na 3 noce. Pozytywne zaskoczenia są jak najbardziej pożądane, więc nasza radość była tym większa. :-)
Teraz tylko pobytu w szpitalu kilka chwil i wakacje. Zasłużone, bo okupione dużym nakładem pracy przed nimi. I sukcesami. Czyli tak, jak być powinno zawsze.