Jiobla Świat

jid: jiobel@jiobel.com

Pies cię...

Nienawidzę psów. Od jakiegoś czasu, coraz namiętniej nie toleruję psów. Nie przez to, że śmierdzi im z paszczy, że robią kupę na trawie, na której w parku chętnie bym się położył z Martyną. Nie dlatego, że jak się umyje samochód jakiś kundel znajdzie sobie najczystszy element koła by go obszczać. Nie dlatego, że szczekają tak głośno, że głowa pęka. A szczekają długo, namiętnie i nieprzerwanie. Tubalnie również. Tak -- nie do zniesienia. Nie, również nie dlatego, że gryzą ludzi.

Nienawidzę psów, bo są najlepszym przyjacielem człowieka. Lepszym, niż sąsiad, sąsiadka czy mąż. Bo jak sąsiad może zwrócić uwagę na Reksia. "Że szczeka? Przecież pies jest od tego, żeby szczekał...", "No przecież musi gdzieś kupkę zrobić Azorek!", "Weź się pan, bo poszczuję!". To nic, że pieniążków starcza tylko na kiszkę z biedronki -- Azorkowi, czy innemu kundlowi przecież trzeba kupić suchą karmę, po której nota bene ma wiatry. Trzeba też psa wyprowadzić. I pokłócić się z sąsiadką, że swojego kundla mogłaby trzymać z dala od jej rasowca. Przy okazji można przecież wyzwać ją od lafirynd, czy innych podobnych. A co?! -- należało się za psiaczka kochanego.

Lepszego przyjaciela nie można sobie wyobrazić. Bo słucha. I to mądry pies jest.

W sumie nie nienawidzę psów. Ludzi w sumie też... Nie ich wina, że są gorsi od swoich pupili. Głupi. Jak but.

Kup mi książkę, a powiem Ci kim jesteś

Odwiedziny Emipku od zawsze były dla mnie traumą. Tyle książek, multimediów różnej maści, gadżetów ze smakiem, wszystkich tych rzeczy, które by się mocno chciało, czy to do nauki, czy do relaksu -- a w portfelu widać tylko dno. Nigdy nie poświęcałem zbyt dużo pieniędzy na zakupy książek. Czasu i chęci też. Zazwyczaj radziłem sobie z e-bookami, manualami, czy tematami na eksperckim forum, jeśli chodzi o techniczne sprawy, lub tanią książką, bądź biblioteką, jeśli mowa o tych bardziej relaksacyjnych tematycznie książkach.

W ogóle książki to największy skarb człowieka. Nie sam papier, litery, tusz czy kunsztowne okładki. Treść, myśli autora, emocje, wiedza. Kapitan Obvious każe mi wypowiedzieć na głos myśl, zgodnie z tradycją na tym blogu zresztą -- bez książek nie byłoby człowieka. Dzisiejszego człowieka.

I znowuż, temat kupowania książek, tak troszkę w szerszym ujęciu, zostawię sobie na inną okazję. Tymczasem postanawiam kontynuowanie wątku "myśli krótkich".

Słonecznie dziś

Dziś święto. A nawet święta -- państwowe, kościelne no i pokusić się można też o obywatelskie. Ale tylko dla wybranych. Bo tylko ci, co mieli grube sakiewki będą mogli świętować. Przed ołtarzem, z muzyką, światłami i pastorką.

Tak, jak narzekałem na poranki (Popieprzony sen i Pieprzony poranek), tak dziś nie mogę złego słowa powiedzieć. Jaka cisza na dworze. Jaki spokój. Aż dziwnie, bo tak jest tylko w środku nocy. Jak najwięksi pupile ludzi śpią (psy), ich właściciele nie piją, a gimnazjaliści nie jeżdżą na crossach, czy innych skuterkach, które dostali w nagrodę za przejście do następnej klasy od swoich bogatych rodziców.

Dokończyłem też malowanie. Żeby pokryć stary kolor na ścianach musiałem trochę bardziej niż normalnie się postarać. Bo kolor był zabójczy. Teraz wchodzących do domu będzie witała letnia słomka. I cholerka -- za czasów, gdy malowałem swój pokój nie było takich farb. Albo były i kosztowały majątek. Dziś wystarczy zagruntować jakimś mlekiem (bo płynu kosztującego 12zł za 5l nie można przecież farbą nazwać) i położyć jedną warstwę tej właściwej. Na przyszłość zapamiętam.

Dobrze mi idzie praca nad panowaniem nad własnym ciałem. Ale o tym pisaninę zostawię sobie na inną okazję.

Pieprzony poranek

No nie jest mi dane zacząć dobrze dnia. Dzisiejszy ranek zaczął się od piły tarczowej tnącej płyty chodnikowe, debili wracających z nocnych rajdów na crossach i panów z MPO pompujących coś swoją wielką maszyną do rur pod ziemią.

Dobry humor pilnie poszukiwany.

Popieprzony sen

Ostatnie minuty spania. Coraz bardziej absurdalne sceny migające przed oczami. Wszystko jest nie tak, wszystko się komplikuje. Najgorszy scenariusz snu urzeczywistnia się. Tylko dlaczego zaraz przed przebudzeniem się? Dlaczego w tym momencie, kiedy na pewno go zapamiętam? Jakby nie mógł kilka godzin wcześniej. Wtedy bym sobie ładnie go przykrył inną historią. A tak?

Czasem nienawidzę śnić. Początki dnia w takich momentach nie należą do najprzyjemniejszych. I jeszcze ta pogoda...

Pomnik grafomanii na blog.jiobel.com

Chyba pisanina tego bloga nie przypomina niczego innego niż pomnik postawiony bóstwu "Grafomania". To tak, jak ktoś kiedyś o tym powiedział. ;-)

Ale czy to oznacza, że mam się schować ze wstydu gdzieś głębiej? Czy mam może przestać pisać (nawet jeśli robię to tak nieudolnie, że sam to zauważam)? Chyba nie. Przyjemności są po to, nawet te najmniejsze, żeby trwały.

Wakacyjne rozpakowywanie kartonów

Siedząc przy biurku zrobionym ze stołu obiadowego, w pokoju w nowym mieszkaniu, tym razem w Łodzi a nie gdzieś na zachodzie kraju (wakacyjne miejsc zmian dynamizm) zachwycam się widokiem widzianym przez okno. Zachwycam się już kolejny dzień, bo ten zachwyt nie chce mnie opuścić, bo widok jest niebanalny. Zachwycający! I ja nawet nie jestem tym jakoś zmartwiony, ba! – powiedziałbym, że jestem wręcz zachwycony.

Do rozpakowania zostało jeszcze kilka kartonów. Do spakowania jeden. Bo wyposażenie wnętrza pozostawione przez dobrotliwą właścicielkę mieszkania, nie jest tym z naszych snów, czyli po prostu – do wymiany pierdółki na nasze pierdółki. A tych to mamy sporo. Tym bardziej, że wiemy, że za rok będzie powtórka z przeprowadzki, jestem skłonny do wyrzucenia tego, czy owego. Wyrzucenia lub innych, bardziej cywilizowanych czynności prowadzących do ograniczenia liczby rzeczy, które nie są konieczne do przeżycia. Na przykład wyprzedaż rodem z amerykańskich filmów, czy też obfotografowanie wszystkiego i wystawienie na aukcjach za symboliczne kwoty, lub oddanie potrzebującym – możliwości jest mnóstwo na zrobienie tego lepiej niż w zamyśle pierwotnym. W każdym razie plan i zarazem mocne postanowienie jest takie, że do końca tego roku pozbędziemy się z naszego życia wszystkiego, o czym pisałem wyżej.

Komputer mój ponownie rozłożony. Jeszcze tylko głośniki, żeby mógł pasować do miana „multimedialny”. Internetu nie ma, bo urządzenia do chwytania powietrznej sieci nie mam zamontowanego w budzie. A kabel musiałbym ciągnąć przez całe mieszkanie. Ta ilość, którą mam obecnie, nie starczyłaby chyba, więc zamiast próbować, co mogłoby się skończyć tylko zrobieniem bałaganu, uzbroiłem się w cierpliwość – poczekam do września, żeby wtedy ustalić położenie rutera w domu, żebym mógł się jakoś podpiąć. Swoją drogą, zgodnie z przedwakacyjnym postanowieniem, mam odpoczynek od technologii, tzn. komputera i telewizji, ale to już mniejszej mierze. Także brak sieci przez kilka dni, bo właśnie przez tyle jestem w Łodzi z Martyśką, nie sprawi, że zacznę wyrywać sobie włosy z głowy, walić nią w mur, czy inne, niezbyt przyjemne, objawy choroby psychicznej. ;-)

Skoro już o Łodzi – wczorajsze świętowanie moich urodzin było udane. Jak zwykle, w dość mocno wysublimowanym towarzystwie, w niecodziennym stylu i z zamiarem dobrej zabawy. Nie mogę narzekać, bo bardzo podobało mi się to całe zajście. Spaghetti, czerwone wino i ciekawe dyskusje na mniej, lub bardziej poważne tematy to składniki wczorajszego wieczoru. Jedzenie znakomite (nawet, jeśli nie brałbym po uwagę tego faktu, że sos bazował na słoikowym-gotowym), przyswajanie przez organizm alkoholu do pewnego momentu też odbywało się w sprawnie, dyskusje… – jak w temacie, ciekawe. Dziś trochę odpoczynku, spokoju by od jutra zacząć już odliczanie do kolejnych urodzin.

Jeszcze tylko przetransportowanie kawałka Internetu na pendrive , żeby ten wpis można było poza moim komputerem przeczytać. ;-)

Teraz może chwycę książkę w rękę i zanurzę się w kolejnym w te wakacje wyimaginowanym świecie. Tylko muszę uważać, bo być może za rogiem czai się morderca…

W telegraficznym skrócie – początek wakacji

Nareszcie chłodniej. Wczoraj wieczorem i dziś rano zagościła na chwilę burza w okolicach Zielonej Góry. Całkiem miło z jej strony, że postarała się i wraz z nią przyszło też ochłodzenie. Duchota była nie do zniesienia.

Martyna mówi, że wcale taką oczywistością nie jest to, że wszyscy się cieszą z tego powodu. Przecież niektórzy rzeczywiście mogli liczyć jeszcze na kilka dni skwaru i ostrego słońca – wakacje nad morzem, na przykład, wymagają tych dwóch składników. Ma rację, ale… Co mnie to obchodzi. Jak będę nad morzem i nie będzie słońca, to dopiero wtedy zacznę narzekać. ;-)

Poszpitalne emocje opadły. Teraz czekam na wynik operacji, już tak na spokojnie, bo po pierwszej kontroli okazało się, że żadne komplikacje do tej pory nie występują. Tylko się cieszyć. Temat nieciekawy, więc więcej nie ma co pisać.

Na dziś wieczór lub jutro mamy w planach wypad do kina na „Wrogów publicznych”. To jest ten film z kategorii „nie mogę się doczekać”, także i nadzieje w nim pokładane nie są małe. Obyśmy się nie zawiedli. :-)

Międzyblokowe łódzkie przeprowadzki dynamiczne

Już po przeprowadzce. Nasze kartony spokojnie leżą sobie w mieszkaniu, w którym zamieszkamy od września. Tzn – mam nadzieję, że spokojnie, ponieważ jeszcze przez 3 dni mieszkanie okupowane będzie przez zupełnie obcych nam ludzi. Jedyna nadzieja w koledze, z którym zamieszkamy (i który na dzień dzisiejszy ma zastawiony pokój naszymi kartonami) – tak się złożyło, że mieszkał z nimi przez rok a zna się jeszcze dłużej, bo są z jednego miasta. Także jestem jakoś dziwnie spokojny, że wszystko będzie ok.

Pakowanie

Zbieranie kartonów rozpoczęliśmy tydzień przed „terminem zero” bo nauczeni, że nie ma co czekać na ostatni moment tym razem postanowiliśmy przeciwstawić się – zawsze wtedy. gdy się za długo czeka, okazuje się, że coś jest nie tak. Trochę pomógł nam kolega, od którego dostaliśmy kilka stricte przeprowadzkowych kartonów. Swoją drogą dwa dni później pojechałem (rowerem! fakt – głupi byłem, powrót z takimi wielkimi kartonami pod pachą nie należał do najprzyjemniejszych rzeczy a i do bezpiecznych również) do Castoramy po kilka następnych. I jakoś jestem przekonany, że cena 6zł za głupią tekturę się zwróciła - za wygodę się przecież płaci.

Okazało się, że ilość rzeczy, którą udało nam się zebrać jest zatrważająca. Przed końcem przyszłego roku nie może się tak zdarzyć, że mamy ich jeszcze więcej – po prostu nie damy rady się z nimi zabrać do nowego mieszkania. Także czeka nas wielkie segregowanie na „potrzebne”, „być może”, „do domu”. Dobrze również, że koleżanka, z którą w sumie sie przeprowadzaliśmy, przywiozła kilka mniejszych kartonów. Śmiałem się, że wszystkie nasze rzeczy będą później pachnieć hamburgerami, kurczakami, frytkami – bo kartony były po produktach z McDonald`sa. Okazało sie jednak, że żadnych zapachów prócz takiego specyficznego „makulaturowego” nie było. ;-)

Przeprowadzka właściwa

Bagażówkę zamówiliśmy na 15. Do godziny 14 nie mogliśmy się pozbierać – czas tak wolno płynął, że człowiek chciał wyjść z siebie. Rzeczy popakowane, naczynia posegregowane (a wcześniej pomyte, wypolerowane) także za dużo człowiek nie może zrobić w takim mieszkaniu. I jeszcze komputer wcześniej odłączyłem, więc kompletnie zero pomysłu na zabicie czasu.

Jakoś godzinę wcześniej zaczęliśmy zwozić kartony przed klatkę. Trochę to zachodu wymagało, bo winda, którą przyszło nam jeździć ma swoje nastroje a projekt owej również do najszczęśliwszych nie należy. Pogoda mnie zabiła. Duchota i temperatura sprawiła, że normalnie pływałem w koszulce i spodenkach. ;-)

I to naprawdę miłe dowiedzieć się, że ma się znajomych, którzy w takich chwilach (gdy ich pomoc jest bardzo potrzebna) nie odwracają się, a jeszcze specjalnie przyjeżdżają (mimo wielu innych bardzo ważnych obowiązków) żeby pomóc w miarę możliwości.

O godzinie 15 wszystko było na dole. Ponownie ilość rzeczy mnie przeraziła. Dowiedziałem się również, że pan taksówkarz się spóźni. Cholera, tutaj stres dał o sobie znać – stan nieba wskazywał, że zbiera się na burzę – wtedy właśnie pierwszy raz tego dnia wybuchłem. Szybkie opanowanie emocji i dalszy ciąg roboty. O 15:10 pojawił się stary Mercedes dostawczak. Zapakowaliśmy w 10 minut – rekord.

5 minut później byliśmy już pod blokiem, do którego się wprowadzamy. Kolejne 10 minut na rozpakowanie i było po przeprowadzce. Zapłaciliśmy 35zł bo zmieściliśmy się w pół godziny. Nawet nie sądziłem, że tak szybko nam pójść. Zadowolenie wzrosło, gdy uświadomiłem sobie, że kilka minut więcej i byśmy stracili kilkanaście złotych więcej. Oszczędności w takiej chwili śię przydają – na przykład na obiad w KFC. ;-)

Wyprowadzka

Z czystym sumieniem, że wszystko się udało, wróciłem do mieszkania, gdzie mieliśmy dopakować rzeczy, które potrzebujemy i których nie powinniśmy zostawiać w Łodzi. Niestety, okazało się, że przez to całe zamieszanie, o sporej liczbie spraw zapomniałem – mój błąd. Jako, że po tym całym wysiłku wygląd mój pozostawiał wiele do życzenia, chciałem wziąć prysznic. Tutaj wybuchłem drugi raz, bo właściciele mieszkania zjawili się o wiele za wcześnie – całą godzinę. I teraz co? Jak się dopakować, gdy oni na karku, łażą po mieszkania i oglądają swoje włoście. No do cholery, jak umowa, to umowa, prawda?

Jakoś się opanowaliśmy z Martyną i dopakowaliśmy. Przyszła pora na płatności. To, że mamy dopłatę za wodę i troszkę za gaz i prąd – wiedzieliśmy od samego początku. Kwota, którą przyszło nam płacić – była porażająca. No ale ok – skoro zużyliśmy tyle i tyle, to będąc uczciwymi ludźmi – zapłaciliśmy, bez marudzenia. Ale wytykanie nam, że tu tapeta jakoś przybrudzona, że tam naderwane coś, że zdjęta firanka… No kurwa mać – tego, że wyczyściliśmy mieszkanie z robaków (karaluchy, prusaki i inne mrówki), że popodklejaliśmy tapety w łazience, ubikacji, że przykleiliśmy naderwane gumoleum w kuchni – tego oczywiście nie zauważyli. Można się było tego spodziewać. Taki typ ludzi.

Konsekwencje

Jako, że nie zgrały nam się terminy wyprowadzki naszej i ludzi z tego drugiego mieszkania, nie mieliśmy gdzie spać przez 3 dni. Telefony do najbliższych znajomych nic nie dały. Tutaj również można się było tego spodziewać – prawdziwych przyjaciół pozna się w biedzie. W końcu udało się znaleźć miejsce u kolegi kolegi, którego też znamy, ale nie na tyle, że moglibyśmy z Martyśką przypuszczać, że udostępni nam jedno łóżko na 3 noce. Pozytywne zaskoczenia są jak najbardziej pożądane, więc nasza radość była tym większa. :-)

Teraz tylko pobytu w szpitalu kilka chwil i wakacje. Zasłużone, bo okupione dużym nakładem pracy przed nimi. I sukcesami. Czyli tak, jak być powinno zawsze.

Tabloidyzacja mediów

Jeszcze 2 lata temu czytałem portal gazeta.pl dość regularnie. Inne internetowe wydania gazet papierowych nie pasowały mi, albo ze względu na wygląd, albo na prezentowane przekonania redaktorów, albo z powodu dużego opóźnienia w nadawaniu newsów. Gazeta prowadziła wtedy dobry portal, który dostarczał mi wszelkiej maści najróżniejszych informacji. Gazet papierowych wtedy w ogóle nie kupowałem a czytałem je okazjonalnie podczas pobytu w domu.

Jakieś pół roku temu zacząłem narzekać – głośno i publicznie – że coraz mniej podobają mi się praktyki stosowane przez zespół gazety. Okazało się, że nie jestem osamotniony w przekonaniu, że tenże portal staje się coraz gorszy. Masa literówek, niekompetentni redaktorzy, którzy nie mają pojęcia o tym, o czym piszą, kreacjonizm rzeczywistości – wymieniać można byłoby tak jeszcze trochę. Wszystko to dało się znieść – przy zwiększonej uwadze i wysiłku wkładanym w odsiew bzdur z interesujących nas artykułów. Ale cholera – to nie ma działać na tej zasadzie!

Dziś już nie mam złudzeń – gazeta.pl stała się drugim Faktem. Nie mam ochoty rozczarowywać się za każdym razem, gdy zaczynam czytać artykuł z ciekawym tytułem, który okazuje się być gniotem. Do tego wyścig „kto szybciej opublikuje newsa” skutkuje wiadomościami w iście twitterowym stylu – 160 znaków + zdjęcie z sxc.hu.

Już wolę iść 2 godziny wcześniej na wydział, wziąć papierową Gazetę i taką przeczytać. W domu wtedy czeka na mnie najczęściej Dziennik, który przynosi mi Martyna od siebie z wydziału. Ale to też nie częściej niż 3, 4 razy na tydzień – po co się męczyć nadmiarem najczęściej niepotrzebnych informacji?