Jiobla Świat

jid: jiobel@jiobel.com

Na 12m², razem

Przyjechała. Wymęczyła mnie jej torba niemiłosiernie. Mógłbym podciągnąć w sumie ten wpis pod te z serii „z placu boju ze sobą samym” (część pierwsza, część druga), bo mam nowe postanowienie – następnym razem, gdy będę taszczył jej bagaż, ani razu nie zamarudzę. I nie złapie mnie skurcz w pośladek. I w ogóle będę silny mężczyzna, podpora dla niej. Bo tak trzeba.

Ale nie to najważniejsze. Przyjechała! Już jest ze mną. Już marudzi w ten swój irytujący, ale jakże słodki sposób. Już wcina słodycze i zostawia papierki gdzie popadnie. Już planuje sprzątanie, przemeblowanie i ogólnomieszkaniowe porządki. Już zdążyła pomylić daty z zaproszenia, ale o godzinie pamiętała.

Już jest ze mną.

Phillip Margolin – Śpiąca królewna

Okładka książki "Śpiąca królewna" Śpiąca królewna zawsze kojarzyła mi się z bajkami. Teraz, po przeczytaniu thillera od Margolina, ten tytuł będzie mi się kojarzył z dewiacjami seksualnymi, gwałtami na bezbronnych osobach, morderstwami, czy innymi bezeceństwami, generalnie rzezią, jaką psychopatyczny morderca przeprowadza na bohaterach książki.

Ten tytuł wpadł mi ręce zupełnie przypadkiem. Dostałem go od Martyny z jej biblioteczki, bo potrzebowałem czegoś do pociągu. Nie spodziewałem się zupełnie tego, że dziś będę czynił starania żeby zdobyć kolejną książkę tego autora – żeby zobaczyć, czy rzeczywiście jest mistrzem w tym, co robi, czy to tylko przebłysk, na który niechcący udało mi się trafić.

Gdy ktoś powie ci „slasher” pomyślisz sobie o kolejnym głupawym amerykańskim filmiku, w którym 90% budżetu przeznaczono na sztuczną krew. Mi w głowie wtedy pojawiają się sceny z tej książki, naprawdę. Bo książki nad filmami mają tą przewagę, że to my sami sobie tworzymy wizualizacje. To my kreujemy bohatera, to my wiemy jak wygląda morderstwo przez poderżnięcie gardła. W tych popularnych kiedyś i ostatnio filmach (tu: slasherach) jesteśmy pozbawieni tego. I właśnie z tej przyczyny – niesmaku po tym, co pokazywane jest na ekranie – odpuszczam sobie zazwyczaj pójście do kina, czy ściągnięcie na dysk tegoż dzieła.

Mamy tu do czynienia z niesamowicie plastycznymi scenami, które wywierają duże wrażenie na czytelniku. Nieczęsto zdarza się autorowi napisać tak rolę dla bohatera, że po kilku rozdziałach zaczynamy żyć jego emocjami, myślimy w podobny sposób, co on, boimy się w odpowiednich momentach. Nieczęsto, to na pewno – i dlatego właśnie książka ta była dla mnie czymś więcej niż tylko kolejnym thillerem w kolejce. Być może nie należy do grupy najlepszych z najlepszych, ale w swojej klasie nie ma sobie równej.

Harlan Coben – Zachowaj spokój

Okładka książki 'Zachowaj spokój' Gdy kupowałem tę książkę zastanawiałem się, czy będę w stanie wybaczyć sobie wydatek tylu pieniędzy na niezbyt wysokich lotów lekturę (nie ma co się oszukiwać – kolejny thiller na dość mocno wypełnionym rynku). Wtedy akurat zbierałem na książkę techniczną, której zakup dyktowały moje ambicje. Wprawdzie do dziś jej nie mam, ale poluję na allegro na dobrą okazję, niedługo licytacja.

Gdy następnego dnia zacząłem ją czytać, moje wątpliwości odeszły na dalszy plan. Biorąc pod uwagę to, jak została wydana i że jest to najnowsza książka, dość mocno promowana, tego autora, trzeba przyznać, że cena była uczciwa. Zresztą, zbyt długo się nie zadręczałem tymi myślami, zaraz zacząłem lekturę. Po pierwszym rozdziale wiedziałem, że książkę pochłonę, jak w większości przypadków, w jeden, góra dwa dni. Schematyczna do bólu, ale cholera – wciąga.

Coben jest mistrzem w budowaniu akcji na podstawie ogólnie dostępnych dla wszystkich klocków. Potrafi je tak ze sobą poskładać, że czytelnik dostaje w swoje ręce coś, co go z pewnością mile zaskoczy. Być może, w przeciwieństwie do mnie, nie będzie wołał po przeczytaniu całości, że to najlepsza książka grozy, jaką w życiu przeczytał, ale na pewno będzie miał pozytywne odczucia co do niej.

Moje okrzyki zachwytu zazwyczaj cichną dwa, trzy dni później, gdy na chłodno robię retrospekcję całej książki. Wtedy dostrzegam jej słabe punkty, po części je trochę wymyślam. Taka, niby głęboka analiza dzieła literackiego w moim wydaniu. Trochę tragikomiczne, ale plusem jest to, że zazwyczaj zostawiam ją dla siebie. ;-)

Nie można Cobenowi odmówić perfekcyjnego wyboru tematyki książki. Modnej tematyki w dzisiejszych czasach – prywatności, zbyt dużej kontroli drugiego człowieka i przemocy w tle z narkotykami. Jak już wspomniałem, całkiem sprawnie to poukładane i przedstawione.

Na pewno mogę ją polecić. Ale z kupnem można się wstrzymać jakieś pół roku, do czasu aż wyjdzie kieszonkowe wydanie, zdecydowanie tańsze. Ja, jak tylko zdobędę jego największe dzieła, będę w stanie sobie wyrobić o tym pisarzu zdanie. I będę widział, czy informacja o wydaniu nowej książki będzie sygnałem dla mnie, żeby lecieć do księgarni w dniu premiery. W kolejce, na którą poluję – The Woods.

Empik zarobił na mnie 40zł, ja zdobyłem dzięki temu rozrywkę na dwa dni i kolejną książkę na półkę. Nie jest źle. :-)

110km dalej

Torba rzucona na sofę. Rzeczy tylko wyjęte, nie rozłożone. Pewnie trochę się pogniotą. Czekam na Martynę i naszą koleżankę – ta pierwsza ma mi pomóc się rozpakować, ta druga zabrać od nas swoje rzeczy. Bo szafa to produkt deficytowy – nigdy nie mamy jej zbyt dużo.

Produkty spożywcze, które mimo wagi samych ciuchów (czyli całej torby podróżnej) zostały mi włożone, już znalazły miejsce w lodówce. Pewnie, jak przyjedzie do mnie M. to się zrobi przemeblowanie, ale na chwilę obecną i ilość tego, co posiadam do jedzenia – nie jest źle. Z drugiej strony, cieszę się, że dostałem od rodziców, mimo wszystko, aż tyle. Bo wczoraj po piwie nie miałbym niczego, czym mógłbym zabić mały głód. Parówka okazała się być idealna. ;-)

Telewizja jest. Bardzo skromna, bo w sumie da się oglądać tylko TVN, ale kolega powiedział, że załatwi jakąś antenę ze wzmacniaczem. W sumie, do szczęścia potrzebna mi i tak będzie tylko ta stacja, więc nawet, jak się nie uda niczego sensownego zmontować – nie będę narzekał.

Wczoraj Internet był. Wcześniej przebudowaliśmy pół mieszkania, żeby przeciągnąć skrętkę – z jednego kąta w drugi. Przez całe dwa pokoje i korytarz długi. Wyszło naprawdę profesjonalnie.

Dziś Internetu nie było. Szybkie sprawdzenie konfiguracji na ruterze, komputerze, który protestuje przy dostępie do sieci i małe w niej zmiany. Jak widać – czynności zakończone sukcesem.

Jeszcze tylko kilka dni… Coraz większe podniecenie, uśmiech i wyczekiwanie.

Jeszcze tylko kilka dni.

Z placu boju ze sobą samym #2

Białe pieczywo w odstawce. Ciastka w odstawce. Chrupki, czipsy, wafelki -- w odstawce. Przesadyzm z cukrem (od ostatniego razu żadnych zmian) opanowany.

Plan jest prosty. Jeszcze więcej warzyw, owoców, panowania nad głodem i oczywiście -- zdecydowanie więcej ruchu. Już tylko kilka dni i rowerowanie będzie możliwe. W Łodzi. :-)

Wieczór czas skończyć

Mini spotkanie klasowe skończone. Dużo wcześniej niż reszta biesiadników. Zrezygnowałem z ogólnoklasowego pochłaniania alkoholu przy disco i lampce naftowej obok butelek z wódką. Dobrze mi z tymi piwami, które udało mi się wypić, z tymi dialogami, które udało się przeprowadzić i wspomnieniami, które udało się przywołać. Mili i sympatyczni ludzie dalej tacy są. Reszta? Zwykło się mówić, że Starego psa przyzwyczajeń się nie zmieni i nie ma tu niczego, z czym nie zgodzić można byłoby się. I tyle.

Następne? Chyba najnaturalniej dla wszystkich będzie odczekać tyle, ile minęło do dziś od ostatniego spędu.

I jak ja cholernie mocno cieszyłem się, gdy zadzwoniła do mnie Martyna, podekscytowana tym, że w Manufakturze spotkała siatkarzy. Ta radość i podniecenie w głosie, wywołały niemały uśmiech na mojej twarzy. Chyba wiem już, dlaczego ludzie tak na mnie wtedy spojrzeli -- widok szczęśliwego człowieka nie jest czymś naturalnym i codziennym.

Jeszcze tylko trochę i będę mógł się uśmiechać do niej. Nie tylko cyfrowo, jak do tej pory.

A teraz dobrej nocy. Wszystkim tym, którzy, ostatnio, zaczęli dostawać powiadomienia o moich wypocinach. I tym, którzy tyle tracą omijając to miejsce. ;-)

Skok wzwyż emocji

Tak samo, jak kilka dni temu cieszyłem się do sympatycznych pań, które skaczą w górę też, tak na marginesie, tak i teraz nie mogłem się powstrzymać i suszyłem zęby, wzruszałem się z bohaterem i bluźniłem na oponenta.

Ileż radości dostarczył mi ten Łodziak, dzięki swojemu najwyższemu skokowi w życiu. Brawo Sylwester!

Z joggerem nie jest źle

Jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że pewne rzeczy jednak się zmieniają. Niekoniecznie na lepsze, jak to każdy z nas by chciał, co oczywistym jest. Zmieniają się ludzie, to przede wszystkim. Wraz ze zmianą środowiska, pojawieniem się osobników dominujących (na wieloraki sposób -- inteligencją, elokwencją, głośnością, czy chamstwem) zmieniają się zwyczaje. I zmienia się samo środowisko.

A mnie boli, że kupę fajnych joggerowiczów wyniosło się z zerowej tylko dlatego, że inni, samozwańczy obrońcy joggera, wytykali im to brak EXCERPTA, to tematykę (że niby wpisy „śniadaniowe”, a nie „profesjonalne”).

Kiedyś przeglądając główną joggera można było poznać wielu fajnych ludzi i to było w Joggerze najfajniejsze. Teraz ludzi przegoniono, i została masa „profesjonalnych” blogów, z EXCERPT, na konkretny temat itd. Tyle, że jak chcę znaleźć coś na jakiś temat, to poszukam sobie na Google.

Zwykle to co się pojawia na Joggerze to nawet nic nowego. A społeczność się sypie, bo ludzie spłoszeni… jak jeszcze siedzą na Joggerze, to na jakiś wyższych levelach… ciekawe ile ciekawych wpisów przez to mnie ominęło. Takich przez Google nie znajdę…

Po raz kolejny, tym razem publicznie (bo tak prywatnie, między mną a Martyną to już nie raz wymieniliśmy się tym spostrzeżeniem) muszę przyznać, że Jajcuś to mądry facet. Naprawdę trudno byłoby mi dodać cokolwiek do jego, zacytowanego tutaj, komentarza do notki Zammera na temat głównej joggera. Zresztą, u Mammala ten temat nie raz się przewijał, nawet ostatnio.

Mimo wszystko, trzeba przyznać, że jaka sytuacja by nie była z tą całą główną, pisać można. Teraz wyżej, kiedyś w przyszłości może gdzie indziej. Nawet, jeśli chodzi o mnie, sponsorem głównym bloga jest Kapitan Oczywistość. To tak na pocieszenie, samego siebie, oczywiście. ;-)

Z placu boju ze sobą samym #1

Kolejny krok zrobiony ku lepszej przyszłości. A raczej mocne postanowienie poprawy -- zamiast trzech łyżeczek cukru będę słodził tylko pół. W odległej (na chwilę obecną) przyszłości mam zamiar przestać w ogóle słodzić. Kawę, herbatę, lemoniadę i inne, które do tej pory wymagały furgonetki cukru.

Fajne te nasze dziewczyny

Jedząc obiad, wzorem Amerykanów, przed telewizorem, przy okazji czytając gazetę, cieszyłem się jak nienormalny. Uśmiechnięty wariat, normalnie. Dobrze chociaż, że sam tam byłem, bo ktoś obcy (bo rodzina zdążyła się przyzwyczaić) mógłby pomyśleć sobie, że ma do czynienia z kimś niespełna rozumu. W sumie -- niewiele by się pomylił. ;-)

Takie zachowanie, czyli uśmiechanie się do ludzi z telewizorni, odziedziczyłem po swojej mamie. Ta, to dopiero jest artystka. Potrafi w jednej chwili przejść od rzewnego płaczu wywołanego jakimś ckliwym filmem na Polsacie, do gromkiego śmiechu na Kabaretonie.

Ale dlaczego mam się nie uśmiechać do tak świetnej dziewczyny, jaką wydaje się być Anna Rogowska. Pyrek też sympatyczna. Cholera, przecież to byłoby nienormalne, wbrew naturze wręcz. Nie da się nie uśmiechnąć widząc ją zadowoloną po mistrzostwach Świata, na których zdobyła złoto. No nie da się nie cieszyć jej szczęściem. A do tego, tak na marginesie, świetnie wygląda.

Bo wiadomym jest, że najpiękniejsza na Świecie to Martyśka moja jest! :-)