Jiobla Świat

jid: jiobel@jiobel.com

Zbyt wiele oczekuję?

Na początek – naprawdę staram się być wyrozumiały. Staram się nie denerwować z byle powodu. Staram się być miłym – „dzień dobry” na początek, „proszę” i „dziękuję” za wszystko, co było w standardzie, albo tym bardziej – jeśli tego nie było, o co proszę i dostaję. „Do widzenia”, bo taką mam nadzieję po udanej transakcji, miłej obsłudze, czy wielu innych powodach, dzięki którym lubię danego usługodawcę.'

Naprawdę się staram i w większości przypadków mi to wychodzi, poniekąd wbrew mojej naturze.

Ale, gdy jestem traktowany jak idiota przez sklep, jak niepotrzebny element układanki przez personel nerwy mi puszczają i, albo klnę po kątach, albo staram się coś z tym zrobić. Z tym, co mnie tak wzburzyło.

Electro-World – można sądzić, po tym, co sam o sobie pisze, poważny sklep. A poważne sieci sklepów muszą się liczyć z klientem. Z coraz to większym wpływem wizerunku, jaki sobie same tworzą, na sprzedaż, czyli tak naprawdę kasę. Sklep, który swego czasu oblepił całą Łódź informując wszem i wobec, że nastała nowa era na rynku sklepów z elektroniką i wyposażeniem dla domu. Nowa, czyli lepsza, z wysokimi standardami. Oddział w Łodzi mieści się w Manufakturze. W zeszły tygodniu trafiliśmy na miłą panią, z którą chwilę pogawędziliśmy i dowiedzieliśmy się, że owszem – nie ma problemu z odpaleniem sprzętu, ale chwilę trzeba poczekać. Nie mieliśmy chyba czasu, trochę jeszcze nie byliśmy przekonani, trochę ja sam chciałem jeszcze poczytać opinii, o które w dobie serwisów wszystko-oceniających nie trudno. W dniu dzisiejszym odwiedziliśmy go, ja wraz z maoam, w nadziei, że wszystko odbędzie się w ten sam sposób – „przepraszam, czy można uruchomić ten-i-ten aparat, proszę”. Jedyne czego oczekiwaliśmy to to, żeby pan / pani z personelu obsługującego klienta będzie na tyle wolny / a i na tyle kompetentny / a, że nie będzie to większym problemem, tak jak miało to miejsce kilka dni wcześniej.

Jakież było moje zdziwienie, gdy się dowiedziałem, że owszem – można uruchomić aparat, ale go nie można uruchomić. Tak, dokładnie w ten sposób zostało to nam przedstawione. Gdy pan zorientował się, jakie mamy miny dodał, że oni nie posiadają w ogóle baterii do niego. Gdy powiedziałem, że chyba tam wchodzą 4 paluszki, zwykłe takie, to stwierdził, że mają same akumulatorki. I, że sprzęt dobry, bo ma 12-krotny zoom. I, że tani.

No, kurna mać. To, to sam mogę stwierdzić, czego można się było domyślić. Klient przychodzi – zdecydowany – z pamięci recytuje nazwę aparatu, jego model i oznaczenie i orientuje się w tym, co go zasila. No ale ok, bez wkurzania się, trochę zawiedzeni odchodzimy i idziemy przez cały sklep, bo tak jest skonstruowany, że trzeba przejść przez wszystkie działy, żeby dojść do bramek wyjściowych. Na dwóch, być może trzech półkach dalej, jak byk widać całą paletę akumulatorków-paluszków. Przy wyjściu zauważam jeszcze całą ścianę z bateriami.

Cofnąłem się, by spytać się, czy rzeczony pan jest pewien tego, że nie posiadają w baterii do tego aparatu. W odpowiedzi dostałem przekonujące „owszem” i byłbym w stanie w to uwierzyć, gdyby nie to, że wiedziałem, co już wiedziałem. Więc powiedziałem, że w całym sklepie naliczyłem dwa miejsca, gdzie są baterie… W tym momencie dowiedziałem się, że owszem – ale to nie na użytek wewnętrzny.

Tutaj rodzi się pytań kilka – czy stać tak poważną sieć sklepów na takie traktowanie klienta? Czy bardziej sklepowi opłaca się posiadać na stanie kilkaset baterii, których klienci nie wykupują w jakiś masowy sposób, żeby zbić na tym kokosy? Czy nie bardziej opłacałoby się sklepowi sprzedać aparat i zarobić na tym kilkaset razy więcej niźli na pojedynczym pakiecie baterii? Czy taka rzeczywiście jest polityka sklepu, czy po prostu trafiłem na patentowanego lenia z talentem do kłamania? I dlaczego traktuje klientów jak debili wystawiając w Internecie ten sam sprzęt kilkaset złotych taniej niż w sklepie?

W przyszłym tygodniu idę jeszcze raz, biorę swoje baterie i proszę o włączenie sprzętu. Domyślam się od sprzedawcy zapewne, że procedury nie pozwalają mu włożyć moich w pełni sprawnych akumulatorków do aparatu i z włączenia będą nici, bo oni nie mają na stanie…

Bo dawno mnie tu nie było

W walce ze sobą samym przerwa. Za to, po długim okresie kurzenia się gdzieś w ciemnościach, znowu podłączyłem tablet. Pstryk, pyk i sterowniki były zainstalowane. Przeprojektowywanie projektu sprzed wakacji. Wkrótce może coś nowego, dla siebie?

Muzycznie czerpię od innych. A to Martyna puści coś niesamowitego, a to sam wpadnę (głównie przypadkiem) na kogoś z czymś ciekawym w zapleczu last.fmowym. A to blipnie ktoś coś ciekawego. Muzyka jest wszędzie…

A dziś? Szukam motywacji do narysowania kolejnego diagramu – tym razem „przepływ informacji” do super tajnego projektu.

Z placu boju ze sobą samym #3

Nie jem, jak do tej pory, jak oszalały. Starania ograniczenia się w jedzeniu wychodzą dobrze – znajduję zamienniki, stosuję się do uwag M. i wcale nie buntuję się za bardzo. Pisałem, że zrezygnuję z cukru w herbatach, kawach, napojach całkowicie. Nie wyszło – gdy tylko zbyt mocno go ograniczałem, działy się ze mną dziwne rzeczy. Gdzieś kiedyś czytałem, że uzależnienie człowieka nowożytnego od cukrów białych jest bardzo powszechnym zjawiskiem. Może i mnie to dotknęło, nie wiem. Poza tym, moim zdaniem, ważnym jest używanie go w normalnych ilościach – bez przesadyzmu w obie strony.

Z białym pieczywem sytuacja podobna. Ale i tak jem więcej tego prawdziwego, wartościowszego – pełnoziarniste chleby, niedmuchane bułki, czy wiejskie bagietki smakują równie, jak przy niektórych kompozycjach smakowych – o wiele lepiej, jak te najsmaczniejsze, najbielsze pieczywo. ;-)

Waga w ciężkich butach, przepoconej (mokrej) koszulce, spodenkach z takim samym ręcznikiem na ramieniu pokazuje o 8 kilogramów mnie, niż 3 miesiące temu. I zawsze kilogram mniej po treningu. Ale nie to jest najważniejsze. Ważne jest, i to poniekąd powód do dumy dla mnie, że mam wreszcie mięśnie. Że nie jestem taki kluchowaty, galaretowaty, jakim czułem się, o wspomniany wcześniej czas, wcześniej. A to ważne jest przy tych niedoskonałościach w wykonaniu matki natury przy budowaniu mojego ciała.

Poza tym, wiadomo – nic tak nie poprawia samopoczucia, jak pozytywne postrzegania własnej osoby.

Ben X

Ben X – wydawałoby się, że to kolejny film z tych, które przyszło obejrzeć i o nich zapomnieć. Że to tylko kolejna historia. Historia opowiedziana, która niczego nie miała nas nauczyć.

Lubię

Coraz szybciej robi się ciemno. Coraz więcej much ładuje się do domu. Kto by pomyślał, że na 10. piętrze będzie z tym problem – tak swoją drogą. Coraz więcej pajęczyn, jak byłem w domu, to widziałem, porozwieszanych między świerkami. Coraz bardziej czuć jesień, nadchodzącą dużymi krokami.

Lubię taką pogodę. Lubię tę temperaturę. Dużo lubię, coraz więcej.

Widok z okna, po raz drugi

Przyszło mi do głowy, żeby obfotografować widoki, którymi raczę się od jakiegoś czasu – tak samo, jak rok temu (Stare Polesie zamienione na Stare Bałuty), lecz tym razem zdecydowanie bardziej się postarałem. A może to widoki dawały więcej możliwości?

Widok z okna – widok na kominy

Wspominałem już gdzieś, że (naprawdę nie pamiętam, czy to na tym blogu, czy może gdzieś na blipie), widoki są zabójcze. I czerpanie z ich oglądania przyjemności jest dość proste – przy oknie mam biurko więc wystarczy oderwać na chwilę wzrok od książek bądź monitora, a przy przeszklonych drzwiach balkonowych sofę. No i są piękne, oczywiście. :-D

Jeśli masz ochotę, obejrzyj całą galerię, jaką przygotowałem.

Placki ziemniaczane, czyli zapachowych wspomnień czar

Razem z Martyną, pochłonięci naukowymi rozprawami na tematy okołotechniczne i okołomedyczne, siedzimy sobie dziś dzień cały przed oknem, przy naszym stole do zadań specjalnych. Z takie zwykłego, stołu stołowego, przemianowaliśmy go właśnie na taki, który będzie nam służył i jako biurko komputerowe, jako stół kreślarski, czy nawet, czego można było się spodziewać, o ironio, jako stół przy którym można zjeść śniadanie, obiad i kolację. Czyli dosłownie – stół do zadań specjalnych, bez przesadyzmu. Dowiedziałem się, mimo że nie chciałem, a bardziej mimochodem, że atetoza to powolne ruchy palców. Dobrze wiedzieć w sumie – może w jakimś teleturnieju wygram milion? Przypomniałem sobie też część wiadomości z dziedziny zwanej probabilistyką – tutaj już bardziej musiałem niż chciałem. I wiem, że prawdopodobieństwo wygrania tego miliona wcale nie jest wysokie.

Niedawno dość, przyszła nasza koleżanka. Herbata na, coraz bardziej, jesienny wieczór to podstawa, żeby przeżyć bez skarpetek. Bo tych nie lubię nosić za bardzo. I tak sobie sączę powoli Sagę, lekko posłodzoną, z odrobiną wciśniętego soku z cytryny i spoglądam za okno. Trochę podglądam mieszkania z bloku naprzeciwko. I ludzi przy okazji też. Ale ten aromat i smak herbaty, tak charakterystyczny, nie daje mi spokoju…

Pamiętam, jak dziś – wakacyjny letni wieczór, włączony telewizor na Jedynce, gdzie akurat lecą wiadomości i zapachy w domu. Babcia w kuchni smażąca najlepsze placki ziemniaczane na świecie, na które czekam cierpliwie, z dziadkiem. Przede mną dwie szklanki herbaty właśnie, z cytryną i cukrem. Dwie, bo jedna zazwyczaj nie starcza na całą sesję jedzenia placków. I za każdym razem bicie rekordu – 12, 14, 19 na jeden raz. Potem znowu szklaneczka gorącej herbatki, żeby żołądek nie bolał w nocy. I ten zapach. Przed smażeniem jego wyobrażenie, w czasie realna postać i po, jak duch, unoszące się po całym domu aromaty.

I tak sobie siedzę przed tym oknem i patrzę na świat. I czuję te cholerne placki. Bardziej umysłem, niż nosem. Bo założę się, że tylko ja czuję i że nikt ich o tej porze w naszej okolicy nie smażył. A w brzuchu zaczyna się granie na kiszkach. Zjadłbym, bardzo.

Z myśli wieczornych

Kiedyś, żeby napisać głupotę w gazecie, trzeba było mieć na nią miejsce. I pieniądze na to miejsce. Dziś wystarczy farma serwerów i niespełna rozumu dziennikarz z działu zaopatrywania serwis w newsy. Rachunek jest prosty.

Na 12m², razem

Przyjechała. Wymęczyła mnie jej torba niemiłosiernie. Mógłbym podciągnąć w sumie ten wpis pod te z serii „z placu boju ze sobą samym” (część pierwsza, część druga), bo mam nowe postanowienie – następnym razem, gdy będę taszczył jej bagaż, ani razu nie zamarudzę. I nie złapie mnie skurcz w pośladek. I w ogóle będę silny mężczyzna, podpora dla niej. Bo tak trzeba.

Ale nie to najważniejsze. Przyjechała! Już jest ze mną. Już marudzi w ten swój irytujący, ale jakże słodki sposób. Już wcina słodycze i zostawia papierki gdzie popadnie. Już planuje sprzątanie, przemeblowanie i ogólnomieszkaniowe porządki. Już zdążyła pomylić daty z zaproszenia, ale o godzinie pamiętała.

Już jest ze mną.

Phillip Margolin – Śpiąca królewna

Okładka książki "Śpiąca królewna" Śpiąca królewna zawsze kojarzyła mi się z bajkami. Teraz, po przeczytaniu thillera od Margolina, ten tytuł będzie mi się kojarzył z dewiacjami seksualnymi, gwałtami na bezbronnych osobach, morderstwami, czy innymi bezeceństwami, generalnie rzezią, jaką psychopatyczny morderca przeprowadza na bohaterach książki.

Ten tytuł wpadł mi ręce zupełnie przypadkiem. Dostałem go od Martyny z jej biblioteczki, bo potrzebowałem czegoś do pociągu. Nie spodziewałem się zupełnie tego, że dziś będę czynił starania żeby zdobyć kolejną książkę tego autora – żeby zobaczyć, czy rzeczywiście jest mistrzem w tym, co robi, czy to tylko przebłysk, na który niechcący udało mi się trafić.

Gdy ktoś powie ci „slasher” pomyślisz sobie o kolejnym głupawym amerykańskim filmiku, w którym 90% budżetu przeznaczono na sztuczną krew. Mi w głowie wtedy pojawiają się sceny z tej książki, naprawdę. Bo książki nad filmami mają tą przewagę, że to my sami sobie tworzymy wizualizacje. To my kreujemy bohatera, to my wiemy jak wygląda morderstwo przez poderżnięcie gardła. W tych popularnych kiedyś i ostatnio filmach (tu: slasherach) jesteśmy pozbawieni tego. I właśnie z tej przyczyny – niesmaku po tym, co pokazywane jest na ekranie – odpuszczam sobie zazwyczaj pójście do kina, czy ściągnięcie na dysk tegoż dzieła.

Mamy tu do czynienia z niesamowicie plastycznymi scenami, które wywierają duże wrażenie na czytelniku. Nieczęsto zdarza się autorowi napisać tak rolę dla bohatera, że po kilku rozdziałach zaczynamy żyć jego emocjami, myślimy w podobny sposób, co on, boimy się w odpowiednich momentach. Nieczęsto, to na pewno – i dlatego właśnie książka ta była dla mnie czymś więcej niż tylko kolejnym thillerem w kolejce. Być może nie należy do grupy najlepszych z najlepszych, ale w swojej klasie nie ma sobie równej.