Z placu boju ze sobą samym #3

Nie jem, jak do tej pory, jak oszalały. Starania ograniczenia się w jedzeniu wychodzą dobrze – znajduję zamienniki, stosuję się do uwag M. i wcale nie buntuję się za bardzo. Pisałem, że zrezygnuję z cukru w herbatach, kawach, napojach całkowicie. Nie wyszło – gdy tylko zbyt mocno go ograniczałem, działy się ze mną dziwne rzeczy. Gdzieś kiedyś czytałem, że uzależnienie człowieka nowożytnego od cukrów białych jest bardzo powszechnym zjawiskiem. Może i mnie to dotknęło, nie wiem. Poza tym, moim zdaniem, ważnym jest używanie go w normalnych ilościach – bez przesadyzmu w obie strony.

Z białym pieczywem sytuacja podobna. Ale i tak jem więcej tego prawdziwego, wartościowszego – pełnoziarniste chleby, niedmuchane bułki, czy wiejskie bagietki smakują równie, jak przy niektórych kompozycjach smakowych – o wiele lepiej, jak te najsmaczniejsze, najbielsze pieczywo. ;-)

Waga w ciężkich butach, przepoconej (mokrej) koszulce, spodenkach z takim samym ręcznikiem na ramieniu pokazuje o 8 kilogramów mnie, niż 3 miesiące temu. I zawsze kilogram mniej po treningu. Ale nie to jest najważniejsze. Ważne jest, i to poniekąd powód do dumy dla mnie, że mam wreszcie mięśnie. Że nie jestem taki kluchowaty, galaretowaty, jakim czułem się, o wspomniany wcześniej czas, wcześniej. A to ważne jest przy tych niedoskonałościach w wykonaniu matki natury przy budowaniu mojego ciała.

Poza tym, wiadomo – nic tak nie poprawia samopoczucia, jak pozytywne postrzegania własnej osoby.