Placki ziemniaczane, czyli zapachowych wspomnień czar
Razem z Martyną, pochłonięci naukowymi rozprawami na tematy okołotechniczne i okołomedyczne, siedzimy sobie dziś dzień cały przed oknem, przy naszym stole do zadań specjalnych. Z takie zwykłego, stołu stołowego, przemianowaliśmy go właśnie na taki, który będzie nam służył i jako biurko komputerowe, jako stół kreślarski, czy nawet, czego można było się spodziewać, o ironio, jako stół przy którym można zjeść śniadanie, obiad i kolację. Czyli dosłownie – stół do zadań specjalnych, bez przesadyzmu. Dowiedziałem się, mimo że nie chciałem, a bardziej mimochodem, że atetoza to powolne ruchy palców. Dobrze wiedzieć w sumie – może w jakimś teleturnieju wygram milion? Przypomniałem sobie też część wiadomości z dziedziny zwanej probabilistyką – tutaj już bardziej musiałem niż chciałem. I wiem, że prawdopodobieństwo wygrania tego miliona wcale nie jest wysokie.
Niedawno dość, przyszła nasza koleżanka. Herbata na, coraz bardziej, jesienny wieczór to podstawa, żeby przeżyć bez skarpetek. Bo tych nie lubię nosić za bardzo. I tak sobie sączę powoli Sagę, lekko posłodzoną, z odrobiną wciśniętego soku z cytryny i spoglądam za okno. Trochę podglądam mieszkania z bloku naprzeciwko. I ludzi przy okazji też. Ale ten aromat i smak herbaty, tak charakterystyczny, nie daje mi spokoju…
Pamiętam, jak dziś – wakacyjny letni wieczór, włączony telewizor na Jedynce, gdzie akurat lecą wiadomości i zapachy w domu. Babcia w kuchni smażąca najlepsze placki ziemniaczane na świecie, na które czekam cierpliwie, z dziadkiem. Przede mną dwie szklanki herbaty właśnie, z cytryną i cukrem. Dwie, bo jedna zazwyczaj nie starcza na całą sesję jedzenia placków. I za każdym razem bicie rekordu – 12, 14, 19 na jeden raz. Potem znowu szklaneczka gorącej herbatki, żeby żołądek nie bolał w nocy. I ten zapach. Przed smażeniem jego wyobrażenie, w czasie realna postać i po, jak duch, unoszące się po całym domu aromaty.
I tak sobie siedzę przed tym oknem i patrzę na świat. I czuję te cholerne placki. Bardziej umysłem, niż nosem. Bo założę się, że tylko ja czuję i że nikt ich o tej porze w naszej okolicy nie smażył. A w brzuchu zaczyna się granie na kiszkach. Zjadłbym, bardzo.
Komentarze
A ja akurat co zjadłem. Pycha było :O
Placki ziemniaczane FTW!
Chyba aż poproszę mamę jakoś niedługo, może usmaży :-)
Babcine placki...
No. Ale, trochę dużo...
Greenek, to pewnie Twoje zapachy, przez Pidgina, się do mnie dostały! ;-)
No a placki… Wiadomo. :-D
I lemiel, właśnie już nie tak dużo. Całe szczęście.