24 września 2009
Ben X
Ben X – wydawałoby się, że to kolejny film z tych, które przyszło obejrzeć i o nich zapomnieć. Że to tylko kolejna historia. Historia opowiedziana, która niczego nie miała nas nauczyć.
Ben X – wydawałoby się, że to kolejny film z tych, które przyszło obejrzeć i o nich zapomnieć. Że to tylko kolejna historia. Historia opowiedziana, która niczego nie miała nas nauczyć.
Coraz szybciej robi się ciemno. Coraz więcej much ładuje się do domu. Kto by pomyślał, że na 10. piętrze będzie z tym problem – tak swoją drogą. Coraz więcej pajęczyn, jak byłem w domu, to widziałem, porozwieszanych między świerkami. Coraz bardziej czuć jesień, nadchodzącą dużymi krokami.
Lubię taką pogodę. Lubię tę temperaturę. Dużo lubię, coraz więcej.
Przyszło mi do głowy, żeby obfotografować widoki, którymi raczę się od jakiegoś czasu – tak samo, jak rok temu (Stare Polesie zamienione na Stare Bałuty), lecz tym razem zdecydowanie bardziej się postarałem. A może to widoki dawały więcej możliwości?
Wspominałem już gdzieś, że (naprawdę nie pamiętam, czy to na tym blogu, czy może gdzieś na blipie), widoki są zabójcze. I czerpanie z ich oglądania przyjemności jest dość proste – przy oknie mam biurko więc wystarczy oderwać na chwilę wzrok od książek bądź monitora, a przy przeszklonych drzwiach balkonowych sofę. No i są piękne, oczywiście. :-D
Jeśli masz ochotę, obejrzyj całą galerię, jaką przygotowałem.
Działający Scarky umieszczony został pod adresem Scarky.com, gdzie można rozwiązywać i budować własne zagadki oraz przeglądać rankingi użytkowników. Niedawno o serwisie kilka słów napisał (Scarky, czyli rozrywka dla intelektualistów) joggerowy kolega, Zal.

Razem z Martyną, pochłonięci naukowymi rozprawami na tematy okołotechniczne i okołomedyczne, siedzimy sobie dziś dzień cały przed oknem, przy naszym stole do zadań specjalnych. Z takie zwykłego, stołu stołowego, przemianowaliśmy go właśnie na taki, który będzie nam służył i jako biurko komputerowe, jako stół kreślarski, czy nawet, czego można było się spodziewać, o ironio, jako stół przy którym można zjeść śniadanie, obiad i kolację. Czyli dosłownie – stół do zadań specjalnych, bez przesadyzmu. Dowiedziałem się, mimo że nie chciałem, a bardziej mimochodem, że atetoza to powolne ruchy palców. Dobrze wiedzieć w sumie – może w jakimś teleturnieju wygram milion? Przypomniałem sobie też część wiadomości z dziedziny zwanej probabilistyką – tutaj już bardziej musiałem niż chciałem. I wiem, że prawdopodobieństwo wygrania tego miliona wcale nie jest wysokie.
Niedawno dość, przyszła nasza koleżanka. Herbata na, coraz bardziej, jesienny wieczór to podstawa, żeby przeżyć bez skarpetek. Bo tych nie lubię nosić za bardzo. I tak sobie sączę powoli Sagę, lekko posłodzoną, z odrobiną wciśniętego soku z cytryny i spoglądam za okno. Trochę podglądam mieszkania z bloku naprzeciwko. I ludzi przy okazji też. Ale ten aromat i smak herbaty, tak charakterystyczny, nie daje mi spokoju…
Pamiętam, jak dziś – wakacyjny letni wieczór, włączony telewizor na Jedynce, gdzie akurat lecą wiadomości i zapachy w domu. Babcia w kuchni smażąca najlepsze placki ziemniaczane na świecie, na które czekam cierpliwie, z dziadkiem. Przede mną dwie szklanki herbaty właśnie, z cytryną i cukrem. Dwie, bo jedna zazwyczaj nie starcza na całą sesję jedzenia placków. I za każdym razem bicie rekordu – 12, 14, 19 na jeden raz. Potem znowu szklaneczka gorącej herbatki, żeby żołądek nie bolał w nocy. I ten zapach. Przed smażeniem jego wyobrażenie, w czasie realna postać i po, jak duch, unoszące się po całym domu aromaty.
I tak sobie siedzę przed tym oknem i patrzę na świat. I czuję te cholerne placki. Bardziej umysłem, niż nosem. Bo założę się, że tylko ja czuję i że nikt ich o tej porze w naszej okolicy nie smażył. A w brzuchu zaczyna się granie na kiszkach. Zjadłbym, bardzo.