Jiobla Świat

jid: jiobel@jiobel.com

Fajne te nasze dziewczyny

Jedząc obiad, wzorem Amerykanów, przed telewizorem, przy okazji czytając gazetę, cieszyłem się jak nienormalny. Uśmiechnięty wariat, normalnie. Dobrze chociaż, że sam tam byłem, bo ktoś obcy (bo rodzina zdążyła się przyzwyczaić) mógłby pomyśleć sobie, że ma do czynienia z kimś niespełna rozumu. W sumie -- niewiele by się pomylił. ;-)

Takie zachowanie, czyli uśmiechanie się do ludzi z telewizorni, odziedziczyłem po swojej mamie. Ta, to dopiero jest artystka. Potrafi w jednej chwili przejść od rzewnego płaczu wywołanego jakimś ckliwym filmem na Polsacie, do gromkiego śmiechu na Kabaretonie.

Ale dlaczego mam się nie uśmiechać do tak świetnej dziewczyny, jaką wydaje się być Anna Rogowska. Pyrek też sympatyczna. Cholera, przecież to byłoby nienormalne, wbrew naturze wręcz. Nie da się nie uśmiechnąć widząc ją zadowoloną po mistrzostwach Świata, na których zdobyła złoto. No nie da się nie cieszyć jej szczęściem. A do tego, tak na marginesie, świetnie wygląda.

Bo wiadomym jest, że najpiękniejsza na Świecie to Martyśka moja jest! :-)

Pies cię...

Nienawidzę psów. Od jakiegoś czasu, coraz namiętniej nie toleruję psów. Nie przez to, że śmierdzi im z paszczy, że robią kupę na trawie, na której w parku chętnie bym się położył z Martyną. Nie dlatego, że jak się umyje samochód jakiś kundel znajdzie sobie najczystszy element koła by go obszczać. Nie dlatego, że szczekają tak głośno, że głowa pęka. A szczekają długo, namiętnie i nieprzerwanie. Tubalnie również. Tak -- nie do zniesienia. Nie, również nie dlatego, że gryzą ludzi.

Nienawidzę psów, bo są najlepszym przyjacielem człowieka. Lepszym, niż sąsiad, sąsiadka czy mąż. Bo jak sąsiad może zwrócić uwagę na Reksia. "Że szczeka? Przecież pies jest od tego, żeby szczekał...", "No przecież musi gdzieś kupkę zrobić Azorek!", "Weź się pan, bo poszczuję!". To nic, że pieniążków starcza tylko na kiszkę z biedronki -- Azorkowi, czy innemu kundlowi przecież trzeba kupić suchą karmę, po której nota bene ma wiatry. Trzeba też psa wyprowadzić. I pokłócić się z sąsiadką, że swojego kundla mogłaby trzymać z dala od jej rasowca. Przy okazji można przecież wyzwać ją od lafirynd, czy innych podobnych. A co?! -- należało się za psiaczka kochanego.

Lepszego przyjaciela nie można sobie wyobrazić. Bo słucha. I to mądry pies jest.

W sumie nie nienawidzę psów. Ludzi w sumie też... Nie ich wina, że są gorsi od swoich pupili. Głupi. Jak but.

Kup mi książkę, a powiem Ci kim jesteś

Odwiedziny Emipku od zawsze były dla mnie traumą. Tyle książek, multimediów różnej maści, gadżetów ze smakiem, wszystkich tych rzeczy, które by się mocno chciało, czy to do nauki, czy do relaksu -- a w portfelu widać tylko dno. Nigdy nie poświęcałem zbyt dużo pieniędzy na zakupy książek. Czasu i chęci też. Zazwyczaj radziłem sobie z e-bookami, manualami, czy tematami na eksperckim forum, jeśli chodzi o techniczne sprawy, lub tanią książką, bądź biblioteką, jeśli mowa o tych bardziej relaksacyjnych tematycznie książkach.

W ogóle książki to największy skarb człowieka. Nie sam papier, litery, tusz czy kunsztowne okładki. Treść, myśli autora, emocje, wiedza. Kapitan Obvious każe mi wypowiedzieć na głos myśl, zgodnie z tradycją na tym blogu zresztą -- bez książek nie byłoby człowieka. Dzisiejszego człowieka.

I znowuż, temat kupowania książek, tak troszkę w szerszym ujęciu, zostawię sobie na inną okazję. Tymczasem postanawiam kontynuowanie wątku "myśli krótkich".

Słonecznie dziś

Dziś święto. A nawet święta -- państwowe, kościelne no i pokusić się można też o obywatelskie. Ale tylko dla wybranych. Bo tylko ci, co mieli grube sakiewki będą mogli świętować. Przed ołtarzem, z muzyką, światłami i pastorką.

Tak, jak narzekałem na poranki (Popieprzony sen i Pieprzony poranek), tak dziś nie mogę złego słowa powiedzieć. Jaka cisza na dworze. Jaki spokój. Aż dziwnie, bo tak jest tylko w środku nocy. Jak najwięksi pupile ludzi śpią (psy), ich właściciele nie piją, a gimnazjaliści nie jeżdżą na crossach, czy innych skuterkach, które dostali w nagrodę za przejście do następnej klasy od swoich bogatych rodziców.

Dokończyłem też malowanie. Żeby pokryć stary kolor na ścianach musiałem trochę bardziej niż normalnie się postarać. Bo kolor był zabójczy. Teraz wchodzących do domu będzie witała letnia słomka. I cholerka -- za czasów, gdy malowałem swój pokój nie było takich farb. Albo były i kosztowały majątek. Dziś wystarczy zagruntować jakimś mlekiem (bo płynu kosztującego 12zł za 5l nie można przecież farbą nazwać) i położyć jedną warstwę tej właściwej. Na przyszłość zapamiętam.

Dobrze mi idzie praca nad panowaniem nad własnym ciałem. Ale o tym pisaninę zostawię sobie na inną okazję.

Pieprzony poranek

No nie jest mi dane zacząć dobrze dnia. Dzisiejszy ranek zaczął się od piły tarczowej tnącej płyty chodnikowe, debili wracających z nocnych rajdów na crossach i panów z MPO pompujących coś swoją wielką maszyną do rur pod ziemią.

Dobry humor pilnie poszukiwany.

Popieprzony sen

Ostatnie minuty spania. Coraz bardziej absurdalne sceny migające przed oczami. Wszystko jest nie tak, wszystko się komplikuje. Najgorszy scenariusz snu urzeczywistnia się. Tylko dlaczego zaraz przed przebudzeniem się? Dlaczego w tym momencie, kiedy na pewno go zapamiętam? Jakby nie mógł kilka godzin wcześniej. Wtedy bym sobie ładnie go przykrył inną historią. A tak?

Czasem nienawidzę śnić. Początki dnia w takich momentach nie należą do najprzyjemniejszych. I jeszcze ta pogoda...