Phillip Margolin – Śpiąca królewna
Śpiąca królewna zawsze kojarzyła mi się z bajkami. Teraz, po przeczytaniu thillera od Margolina, ten tytuł będzie mi się kojarzył z dewiacjami seksualnymi, gwałtami na bezbronnych osobach, morderstwami, czy innymi bezeceństwami, generalnie rzezią, jaką psychopatyczny morderca przeprowadza na bohaterach książki.
Ten tytuł wpadł mi ręce zupełnie przypadkiem. Dostałem go od Martyny z jej biblioteczki, bo potrzebowałem czegoś do pociągu. Nie spodziewałem się zupełnie tego, że dziś będę czynił starania żeby zdobyć kolejną książkę tego autora – żeby zobaczyć, czy rzeczywiście jest mistrzem w tym, co robi, czy to tylko przebłysk, na który niechcący udało mi się trafić.
Gdy ktoś powie ci „slasher” pomyślisz sobie o kolejnym głupawym amerykańskim filmiku, w którym 90% budżetu przeznaczono na sztuczną krew. Mi w głowie wtedy pojawiają się sceny z tej książki, naprawdę. Bo książki nad filmami mają tą przewagę, że to my sami sobie tworzymy wizualizacje. To my kreujemy bohatera, to my wiemy jak wygląda morderstwo przez poderżnięcie gardła. W tych popularnych kiedyś i ostatnio filmach (tu: slasherach) jesteśmy pozbawieni tego. I właśnie z tej przyczyny – niesmaku po tym, co pokazywane jest na ekranie – odpuszczam sobie zazwyczaj pójście do kina, czy ściągnięcie na dysk tegoż dzieła.
Mamy tu do czynienia z niesamowicie plastycznymi scenami, które wywierają duże wrażenie na czytelniku. Nieczęsto zdarza się autorowi napisać tak rolę dla bohatera, że po kilku rozdziałach zaczynamy żyć jego emocjami, myślimy w podobny sposób, co on, boimy się w odpowiednich momentach. Nieczęsto, to na pewno – i dlatego właśnie książka ta była dla mnie czymś więcej niż tylko kolejnym thillerem w kolejce. Być może nie należy do grupy najlepszych z najlepszych, ale w swojej klasie nie ma sobie równej.