110km dalej

Torba rzucona na sofę. Rzeczy tylko wyjęte, nie rozłożone. Pewnie trochę się pogniotą. Czekam na Martynę i naszą koleżankę – ta pierwsza ma mi pomóc się rozpakować, ta druga zabrać od nas swoje rzeczy. Bo szafa to produkt deficytowy – nigdy nie mamy jej zbyt dużo.

Produkty spożywcze, które mimo wagi samych ciuchów (czyli całej torby podróżnej) zostały mi włożone, już znalazły miejsce w lodówce. Pewnie, jak przyjedzie do mnie M. to się zrobi przemeblowanie, ale na chwilę obecną i ilość tego, co posiadam do jedzenia – nie jest źle. Z drugiej strony, cieszę się, że dostałem od rodziców, mimo wszystko, aż tyle. Bo wczoraj po piwie nie miałbym niczego, czym mógłbym zabić mały głód. Parówka okazała się być idealna. ;-)

Telewizja jest. Bardzo skromna, bo w sumie da się oglądać tylko TVN, ale kolega powiedział, że załatwi jakąś antenę ze wzmacniaczem. W sumie, do szczęścia potrzebna mi i tak będzie tylko ta stacja, więc nawet, jak się nie uda niczego sensownego zmontować – nie będę narzekał.

Wczoraj Internet był. Wcześniej przebudowaliśmy pół mieszkania, żeby przeciągnąć skrętkę – z jednego kąta w drugi. Przez całe dwa pokoje i korytarz długi. Wyszło naprawdę profesjonalnie.

Dziś Internetu nie było. Szybkie sprawdzenie konfiguracji na ruterze, komputerze, który protestuje przy dostępie do sieci i małe w niej zmiany. Jak widać – czynności zakończone sukcesem.

Jeszcze tylko kilka dni… Coraz większe podniecenie, uśmiech i wyczekiwanie.

Jeszcze tylko kilka dni.