Pies cię...

Nienawidzę psów. Od jakiegoś czasu, coraz namiętniej nie toleruję psów. Nie przez to, że śmierdzi im z paszczy, że robią kupę na trawie, na której w parku chętnie bym się położył z Martyną. Nie dlatego, że jak się umyje samochód jakiś kundel znajdzie sobie najczystszy element koła by go obszczać. Nie dlatego, że szczekają tak głośno, że głowa pęka. A szczekają długo, namiętnie i nieprzerwanie. Tubalnie również. Tak -- nie do zniesienia. Nie, również nie dlatego, że gryzą ludzi.

Nienawidzę psów, bo są najlepszym przyjacielem człowieka. Lepszym, niż sąsiad, sąsiadka czy mąż. Bo jak sąsiad może zwrócić uwagę na Reksia. "Że szczeka? Przecież pies jest od tego, żeby szczekał...", "No przecież musi gdzieś kupkę zrobić Azorek!", "Weź się pan, bo poszczuję!". To nic, że pieniążków starcza tylko na kiszkę z biedronki -- Azorkowi, czy innemu kundlowi przecież trzeba kupić suchą karmę, po której nota bene ma wiatry. Trzeba też psa wyprowadzić. I pokłócić się z sąsiadką, że swojego kundla mogłaby trzymać z dala od jej rasowca. Przy okazji można przecież wyzwać ją od lafirynd, czy innych podobnych. A co?! -- należało się za psiaczka kochanego.

Lepszego przyjaciela nie można sobie wyobrazić. Bo słucha. I to mądry pies jest.

W sumie nie nienawidzę psów. Ludzi w sumie też... Nie ich wina, że są gorsi od swoich pupili. Głupi. Jak but.