Wakacyjne rozpakowywanie kartonów
Siedząc przy biurku zrobionym ze stołu obiadowego, w pokoju w nowym mieszkaniu, tym razem w Łodzi a nie gdzieś na zachodzie kraju (wakacyjne miejsc zmian dynamizm) zachwycam się widokiem widzianym przez okno. Zachwycam się już kolejny dzień, bo ten zachwyt nie chce mnie opuścić, bo widok jest niebanalny. Zachwycający! I ja nawet nie jestem tym jakoś zmartwiony, ba! – powiedziałbym, że jestem wręcz zachwycony.
Do rozpakowania zostało jeszcze kilka kartonów. Do spakowania jeden. Bo wyposażenie wnętrza pozostawione przez dobrotliwą właścicielkę mieszkania, nie jest tym z naszych snów, czyli po prostu – do wymiany pierdółki na nasze pierdółki. A tych to mamy sporo. Tym bardziej, że wiemy, że za rok będzie powtórka z przeprowadzki, jestem skłonny do wyrzucenia tego, czy owego. Wyrzucenia lub innych, bardziej cywilizowanych czynności prowadzących do ograniczenia liczby rzeczy, które nie są konieczne do przeżycia. Na przykład wyprzedaż rodem z amerykańskich filmów, czy też obfotografowanie wszystkiego i wystawienie na aukcjach za symboliczne kwoty, lub oddanie potrzebującym – możliwości jest mnóstwo na zrobienie tego lepiej niż w zamyśle pierwotnym. W każdym razie plan i zarazem mocne postanowienie jest takie, że do końca tego roku pozbędziemy się z naszego życia wszystkiego, o czym pisałem wyżej.
Komputer mój ponownie rozłożony. Jeszcze tylko głośniki, żeby mógł pasować do miana „multimedialny”. Internetu nie ma, bo urządzenia do chwytania powietrznej sieci nie mam zamontowanego w budzie. A kabel musiałbym ciągnąć przez całe mieszkanie. Ta ilość, którą mam obecnie, nie starczyłaby chyba, więc zamiast próbować, co mogłoby się skończyć tylko zrobieniem bałaganu, uzbroiłem się w cierpliwość – poczekam do września, żeby wtedy ustalić położenie rutera w domu, żebym mógł się jakoś podpiąć. Swoją drogą, zgodnie z przedwakacyjnym postanowieniem, mam odpoczynek od technologii, tzn. komputera i telewizji, ale to już mniejszej mierze. Także brak sieci przez kilka dni, bo właśnie przez tyle jestem w Łodzi z Martyśką, nie sprawi, że zacznę wyrywać sobie włosy z głowy, walić nią w mur, czy inne, niezbyt przyjemne, objawy choroby psychicznej. ;-)
Skoro już o Łodzi – wczorajsze świętowanie moich urodzin było udane. Jak zwykle, w dość mocno wysublimowanym towarzystwie, w niecodziennym stylu i z zamiarem dobrej zabawy. Nie mogę narzekać, bo bardzo podobało mi się to całe zajście. Spaghetti, czerwone wino i ciekawe dyskusje na mniej, lub bardziej poważne tematy to składniki wczorajszego wieczoru. Jedzenie znakomite (nawet, jeśli nie brałbym po uwagę tego faktu, że sos bazował na słoikowym-gotowym), przyswajanie przez organizm alkoholu do pewnego momentu też odbywało się w sprawnie, dyskusje… – jak w temacie, ciekawe. Dziś trochę odpoczynku, spokoju by od jutra zacząć już odliczanie do kolejnych urodzin.
Jeszcze tylko przetransportowanie kawałka Internetu na pendrive , żeby ten wpis można było poza moim komputerem przeczytać. ;-)
Teraz może chwycę książkę w rękę i zanurzę się w kolejnym w te wakacje wyimaginowanym świecie. Tylko muszę uważać, bo być może za rogiem czai się morderca…