Jiobla Świat

jid: jiobel@jiobel.com

Blogowa retrospekcja

Jakiś czas temu napisałem tekst, który w zasadzie miał zostać odebrany jako recenzja. Jeśli jednak przeczytałbym go w teraz, bez żadnych emocji – sądzę, że nie byłby on zbyt pomocny dla czytelnika. Bo, tak mi się wydaje, recenzja powinna zawierać chociaż iluzję tego, że do tematu podchodzi się profesjonalnie opisując zarówno pozytywy, jak i negatywy produktu. Podchodząc generalnie do niego. A w przytoczonym tekście? – przegiąłem w jedną stronę. Owszem, były zamiary (nawet sygnalizowane na końcu tekstu) napisania drugiej części, w której opisałbym oprogramowanie, dzięki któremu działa telefon a, jak chyba większość użytkowników komórek klasy średniej, nie pałam jakąś bezwzględną i gorącą miłością do systemu Nokii. Ale na zamiarach się skończyło. Często bowiem jest tak, że jeśli jest pomysł, i jeśli go nie zrealizujemy w początkowej fazie – pomysł się zmarnuje. Odkładanie czegoś na później nie wpływa pozytywnie na efekt końcowy, którego najczęściej, w takiej sytuacji nie otrzymujemy. Oczywiście, jeśli możemy w ogóle mówić o jakimś efekcie końcowym.

Są takie rzeczy, które można zrecenzować li tylko negatywnie, besztając wszystko, co jest z nimi związane i je same, ale również takie, które zachwycają mimo upływu czasu – bezwzględnie. Ale i czy w tym wypadku możemy mówić o recenzji? O profesjonalnym podejściu do produktu?

Około roku temu zastanawiałem się, czy warto wydać wszystkie swoje oszczędności na jedną rzecz zamiast podejść do sprawy z drugiej strony wydając je na drobniaki. Dzięki bąblowi-dwa-zero (potocznie zwanym bańką Web 2.0) a konkretniej – sklepom z możliwością oceniania produktu – poznałem wszelkie możliwe opinie na interesujący mnie temat – użytkowników, przyszłych użytkowników, dzieciaków, których gra w Tibię znudziła do tego stopnia, że zaczęli o tym pisać próbując trafić do jak najszerszego grona odbiorców, oraz pewnie całego sztabu ludzi od dobrego wizerunku produktu.

Oprócz tego, że chciałem mieć, to chciałem pomóc. Bo gdybym miał opisywany produkt, swój stary sprzęt, oddałbym w dobre ręce.

Wracając do wątku – monitor w końcu kupiłem, bo to właśnie ten produkt mnie tyle kosztował. Użerałem się trochę ze sklepem (bo jak można przyjąć zapłatę za coś, czego się nie ma na stanie?), co i tak nie zepsuło mi całej zabawy i efektu końcowego. Bo bawiłem się prześwietnie podczas odpakowywania, podłączania wszelkich kabelków potrzebnych do pracy i wpatrywania się w ekran. Na pierwszy rzut oka – wow, kolosalna różnica w jakości obrazu. Nie tylko o rozdzielczość i kolor chodzi. ;-) A stary monitor dałem tacie, który zastąpił wysłużonego CRTka, co by mu się oczy tak nie psuły.

I w taki oto sposób wydałem swoje pierwsze pieniądze na coś, co cieszy mnie do dziś.

Myślałem, że po upływie czasu potrzebnego na oswojenie się z nową rzeczą, poznaniu jego funkcji, tych mniej oczywistych plusów i mniej zauważalnych minusów napiszę kolejnego arta, w którym będę mógł się podzielić przemyśleniami. Przez całe to analizowanie (sytuacja opisywanej na początku tego tekstu), sam moment napisania kolejnej recenzji odwlekał się tydzień za tygodniem, tym samym powodując u mnie osłabnięcie początkowo dużej determinacji do opisania produktu. Czyli generalnie – im więcej czasu mijało, tym mniej mi się chciało zaczynać temat.

Ktoś mi kiedyś powiedział coś, co szczególnie mocno zapadło w moją pamięć.

Jeśli już masz coś napisać – nie pisz tego tak, jak czytelnik chciałby przeczytać. Miej to w dupie i pisz tak, jak chciałeś na samym początku. Jesteś bloggerem – nie dziennikarzem, czy kolejnym specjalistą w blogosferze.

I gdyby to tak trochę złagodzić, to zgodziłbym się w 100% z powyższym. Poprawność polityczna w dialogu międzyludzkim i tutaj, w blogosferze – poprawność w stosunkach pisarz-czytelnik (albo, jak kto woli grafoman-troll), może powodować obumieranie (zmniejszanie się?) początkowej świeżości i fascynacji tym całym nurtem – mówieniem, pisaniem, dzieleniem się sobą z innymi.

Wnioski? Każdy pewnie i tak wyciągnie swoje. Ja… Ja chyba lubię Jiobla Świat. Czy taki spokojny – jak teraz, czy głośny i ruchliwy – jak kiedyś.

Show us your…

Przychodzi taki moment, wieczorem – w życiu każdego zapracowanego człowieka, że żołądek daje o sobie znać w sposób nieakceptowalny. Większość ze znanych mi osób pierwsze co robi, to próbuje go czymś, zazwyczaj czymkolwiek, wypełnić by poczuć sytość i przestać zawracać sobie nim głowę. Rozwiązanie jak najbardziej dobre, bo efektywne, lecz można się zastanowić, czy rzeczywiście najlepsze. Po przeprowadzeniu procesu zliczania plusów w konfrontacji do minusów stwierdzam, że niekoniecznie.

I tak pewnego razu, zastanawiając się nad jutrzejszym obiadem wspierając się różnego rodzaju stronami z przepisami, doszedłem do wniosku, że naprawdę miłym dodatkiem do takiego, jeszcze czysto wirtualnego dania, byłoby jego przedstawienie w zmaterializowanej formie. Żeby mózg mógł trochę pomęczyć nasze ciało i samego siebie wytwarzając ślinę i powodując jeszcze gwałtowniejsze reakcje naszej dolnej części korpusu (nie, trochę wyżej ;-) no dobra… – chodzi o burczenie w brzuchu ;-p).

Rozwiązanie powyższego problemu? Galeria, bo przecież galeria dobra jest na wszystko! W tym konkretnym przypadku chodzi o fotoffi.pl, gdzie każdy ma możliwość wrzucenia zdjęć żarełka, dodania przepisu i komentowania tego, co udało się innym uchwycić. Co mi się podoba? Prostota, czystość i przejrzystość zasad, jak i całego frontendu (który, trzeba przyznać, czerpie pełnymi garściami z podobnych przedsięwzięć) pozytywnie wpływa na odbiór i pozwala się skupić na tym, co najważniejsze – produkowaniu ochoty na jedzenie. ;-)

fotoffi.pl - zrzut ekranu

Przy okazji opisywania galerii, którą bardzo często zdarza mi się odwiedzać, nie sposób nie wspomnieć o innych, może już niekoniecznie związanych z kulinariami.

Na początku wspomniałem, że siedząc przed monitorem, pochłaniając kolejne strony manuala, projektując najlepszy (w naszym mniemaniu) interfejs, czy po prostu tracąc czas na blipa, joggera, czy inne wykopy przychodzi czas, że coś musimy zjeść… Zaraz, zaraz – o tym już pisałem. A o czym to ja tu? A! – biurka, komputery i monitory. Mianowicie, dlaczego nie mielibyśmy pokazać naszego stanowiska dowodzenia, punktu z którego pewnego pięknego dnia opanujemy Świat? Odpowiedzi negatywnych na te pytania nie znaleźli autorzy galerii wherewedowhatwedo.com i stworzyli prężnie rozwijające się miejsce dla wszelkiej maści lanserów, masochistów, czy innych, prostych ludzi, którzy tylko chcieli się pochwalić swoim biurkiem.

wherewhatwedo.com - zrzut ekranu

A czemu nie pokazać tego, co mamy na monitorze? Mimo, że Stanisław Małolepszy i Szymon Błaszczyk kierowali się trochę innymi przesłankami niż autorzy poprzedniej galerii, stworzyli kolejne miejsce, które posiadłem w zakładkach – show us your desktop na flickrze.

show us your desktop - zrzut ekranu galerii na flickr.com

I tak, zdaję sobie sprawę, że od dawien-dawna nie jest aktualizowana, że można znaleźć lepsze, obszerniejsze, czy bardziej inspirujące, chociażby i również na flickrze.

Galerie stron? Żaden problem! Witia wykonał kawał dobrej roboty sporządzając listę tych najpopularniejszych, najlepiej zarządzanych. Nic tylko podziękować i korzystać.

Czy coś jeszcze można pokazać? Owszem, i takie i owakie galerie szwendają się gdzieś w czeluściach mojej biblioteki zakładek. Ale chyba nie czas i nie miejsce na ich pokazanie. Zostawię sobie tę przyjemność na następną notkę. Może… :-D