Roweromania #1

Ponad tydzień temu przywiozłem swój rower do Łodzi. Po 4 latach przerwy w pedałowaniu, która wynikała w dużej mierze z mojego lenistwa, zabieram się za odbudowę formy. Albo raczej – za siebie. Bo skutki siedzenia przed komputerem do późna w nocy, złe nawyki w odżywianiu dają się we znaki – nie mam siły. Na nic.

Znam kilka sposobów, żeby nie budzić się zmęczonym, co miało miejsce do niedawna i było potęgowane wyjściem z zimowego letargu (z czego jedne są lepsze, drugie tylko-po-to-żeby-były) – wyspać się porządnie (wcześnie się położyć i wcześnie wstać), zmęczyć się na wieczór, intensywnie przeżyć dzień cały. Reszta w sumie jest albo kombinacją powyższych, albo pochodną. Jak się można domyślić, rower jest lekiem na całe zło, bo pozwala elementy przytoczone powyżej złożyć na wiadomą liczbę elementów gotowych do wykorzystania. ;-)

Od zeszłego tygodnia przejechałem około 60 (chyba nawet troszkę ponad to) kilometrów po drogach i chodnikach Łodzi. Co mi się rzuciło w oczy? – cholera, tylu ludzi na rowerach, rolkach, na spacerku / joggingu jeszcze nie widziałem, serio. W dzieciństwie setki kilometrów pokonywałem po duktach leśnych, drogach polnych, czy też swojego osiedla. Nie jeździłem po mieście, wśród tysięcy samochodów, innych rowerzystów, czy innych użytkowników drogi. Chyba nieźle wyszło mi przystosowanie się do nowych warunków, bo raz, że mi się podoba ta walka o każdy centymetr asfaltu, dwa – daję sobie radę.

Pierwszy dzień i pierwsza wyprawa to skok na głęboką wodę. Teoretyczne prześledzenie trasy, krótki pieszy rekonesans by zobaczyć, jak trasa w ogóle wygląda i siup! – w drogę. Z dworca Łódź Kaliska wyruszyłem ścieżką rowerową wzdłuż Włókniarzy by potem odbić w odpowiednią ulicę i dotrzeć do Inflanckiej. 30 minut pedałowania po zmroku (mam lampki, żeby nie było) z ponad 30kg torbą podróżną na plecach – nie powiem, byłem z siebie zadowolony.

Powiedzmy, że następne były już bardziej przemyślane, przygotowane i rozplanowane. Na przykład Ring 1 (dumna nazwa, wiem).

Dziś wróciłem szybciej, niż planowałem. Nakrętka przy kole tylnym z jednej strony była zbyt lekko przykręcona, co pod wypływem drgań spowodowało jej prawie całkowite odkręcenie. Całe szczęście, że wyczułem wibracje i spojrzałem. Mogło być nieciekawie, tym bardziej, że szykowałem się do zjazdu z całkiem pokaźnej wysokości górki. Rower, jak samochód – wymaga częstych przeglądów, tym bardziej przy tym trybie jego eksploatowania, jakim go katuję. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo zrobiłem generalny przegląd. Wyregulowałem tylne przerzutki, trochę bardziej wycentrowałem koło (które cholera, nadaje się tylko do wymiany), wyciąłem połamaną szprychę (zgadnij, które koło ;-)) i inne takie, które tylko poprawią komfort jazdy.

A ten się liczy. Codziennie rano trasa do szkoły utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze wybrałem środek lokomocji. Lawirowanie między samochodami i miny kierowców, gdy ty już jesteś po drugiej stronie a oni muszą czekać aż się korek lekko rozładuje. Ze szkoły znowuż dostarcza ciekawych widoków sponsorowanych przez zachodzące słońce. Przyznaję – podoba mi się takie rozwiązanie.

Najbardziej jednak męczy mnie (fizycznie stricte) jeszcze inna rzecz związana z rowerem – jego wnoszenie na 7 piętro, bo nie mieści się do windy. Dochodzi jeszcze rower koleżanki, który jest cholernie ciężki. Za niedługi czas jeszcze rower Martyny. I tutaj też cieszę się jak głupek – będziemy mogli jechać na piknik, za miasto, do centrum na zakupy, czy gdziekolwiek indziej, gdzie będziemy chcieli. Już się nie mogę doczekać. A granty (bo wnoszenie też formę Ci wyrobi, pamiętaj ;-)), których jestem świadom, powodują tylko uśmiech i jeszcze dynamiczniejsze jeżdżenie palcem po mapie – bo jutro też jest dzień i możliwość pojechania gdzieś, gdzie jeszcze nie byłem. :-)