Życie od kuchni

Moja mama zwykła mówić mi, że minąłem się z powołaniem. Mianowicie, przy każdej okazji, to jest, gdy tylko zaczynam coś robić w kuchni i efekty są zauważalne zachwyca się, i wcale tego nie kryje – co wbrew pozorom jest najważniejsze. Mówi mi wtedy również, że cieszy się, że lubię gotować. Bo sobie poradzę, bo kobiety to lubią, bo to miłe jest. A ja? Ja się cieszę podwójnie – gdy gotuję i, co oczywiste, gdy słyszę takie pochwały. No i oczywiście, gdy zjem, to co ugotowałem. ;-)

Od wczesnych lat, gdy była okazja, siedziałem w kuchni na blacie obserwując co i jak się robi. Bardzo wiele wyniosłem od babci, która pracowała w restauracji (czyli w zawodzie kucharki) przez lat kilkanaście, więc doświadczenia jej odmówić nie można. A tym bardziej smaku, ale to już na pewno moje subiektywne spojrzenie, więc w to, już tak bezwzględnie, wierzyć nie musisz. ;-) Babcia, mama mojej mamy, umiała zrobić wszystko, czego nauczyła się robić można było zaliczyć do grupy dań z najwyższej półki –  najlepsze na świecie placki ziemniaczane, surówki z marchewki, ciasta (którymi zachwyca się połowa rodziny), mięsa wszelkiej maści.

Jako, że niejadkiem nazywany byłem przez wiele, wiele lat, większości z tych rzeczy nie dane mi było spróbować. Jadłem, i z całą stanowczością swojego postanowienia zmienić nie chciałem, tylko to, co mi odpowiadało. Do dziś zostało mi przezwisko „pan ciasteczko”, co w jakimś sensie określa moje gusta smakowe. Lubiłem dania słodkie, to na pewno. Więc placki ziemniaczane były obowiązkowe na kolację parę razy w tygodniu. Pączek zawsze kupowany na drugie śniadanie do przedszkola. Z tą szkołą to też ciekawy temat. Przez cały okres (wiadomo ile to lat, prawda?) nosiłem bułkę z Nutellą. Nic innego (ok., przyznaję się – było  kilka takich sytuacji, gdy wziąłem kanapkę z kurczakiem wędzonym, ale ich liczbę określić można byłoby za pomocą palców o rąk) nie sprawiało mi tyle frajdy właśnie, co takie proste danie. Na śniadania zdarzały się naleśniki. Podwieczorek, to jakieś ciasteczko – kruche, francuskie albo z marmoladą koniecznie z firmy „San” (dobrze pamiętam?).

Z czasem, co oczywiste, przekonywałem się do pewnych warzyw i owoców (co, broń Boże, nie znaczy, że wcześniej ich nie jadłem), czyli generalizując – smaków. Ale dalej, to co jadłem to były szczątkowe ilości dań w porównaniu do innych dzieciaków. Czy mi to przeszkadzało? W zupełności nie. Już bardziej moim rodzicom, bo zmuszało do gimnastyki –  zawsze oddzielne danie na śniadanie, obiad i kolację na pewno było problematycznie, nie ma co ukrywać.

Do czego zmierzam? Odpowiedź nie jest prosta. Ale po części i gdyby tak podejść do problemu na chłodno – prozaiczna.

Gdy wyjechałem z domu, nie miałem problemu z organizacją swojej kuchni. Gotowałem sobie normalne obiady, śniadania (gdy już je jadłem) również nie sprawiały problemów. Kolacje, jako danie na sam koniec (czytaj: mogę poświęcić na to więcej czasu) były ukoronowaniem dnia. Trochę z obrzydzeniem więc patrzyłem na to, co wyprawiali moi współlokatorzy.

Obiad z puszki, proszku albo cały dzień na tostach (i to takich wulgarnie prostych – chleb i najtańszy ser żółty) nie napawał mnie optymizmem w wierze w ich kulinarne zdolności. Po części mnie to wkurzało. Że potrafią sobie tak zorganizować wszystko w głowie, by zjeść te obrzydlistwa i nie przejmować się tym. Ja, jak wcześniej wspominałem, trochę miałem ograniczone pole do popisu pod tym względem. Hamulce w głowie znacznie mnie okrajały z tych (wątpliwych) przyjemności. Już na pewno wolałem być głodny, niż skusić się na któreś z powyższych.

Trochę później pewna osoba zaczęła mnie przekonywać do próbowania.

– Spróbuj, jak smakują pieczarki, kapusta biała w surówce, ten sos, czy tamto mięso.

– Cholera, jakie to wszystko dobre! Dlaczego ja do tej pory byłem taki głupi i sobie odmawiałem cheeseburgera z McDonalda? Hmm, ta tortilla bez pomidora i sosu majonezowego również trafia w mój gust.

I tak właśnie, metodą prób i błędów, polegając przede wszystkim na walorach zapachowych i wzrokowych odczuciach przekonywałem się do coraz większej ilości dań. Jedynym ograniczeniem była jedna kwestia – pierwszy raz musiałem zrobić je sam, żeby wiedzieć, z czego się składają (albo już wcześniej znać skład).

Dziś jem więcej w porównaniu do okresu sprzed około 10 lat. Ba, więcej niż rok temu mogłem sobie wyobrazić. Nie ilościowo – raczej jakościowo. I jestem cholernie szczęśliwy, że lubię to, co lubię.

Bo jedzenie to jedna z tych największych przyjemności, których człowiek doświadcza. A gotowanie? To prawda, że po stworzeniu czegoś czujemy się troszkę jak bóg. Tak więc – czemu nie dawać sobie przyjemności gotowaniem przy okazji powodując uśmiechy, najedzonych ludzi, wokół siebie?