01 marca 2009
Życie od kuchni
Moja mama zwykła mówić mi, że minąłem się z powołaniem. Mianowicie, przy każdej okazji, to jest, gdy tylko zaczynam coś robić w kuchni i efekty są zauważalne zachwyca się, i wcale tego nie kryje – co wbrew pozorom jest najważniejsze. Mówi mi wtedy również, że cieszy się, że lubię gotować. Bo sobie poradzę, bo kobiety to lubią, bo to miłe jest. A ja? Ja się cieszę podwójnie – gdy gotuję i, co oczywiste, gdy słyszę takie pochwały. No i oczywiście, gdy zjem, to co ugotowałem. ;-)
Od wczesnych lat, gdy była okazja, siedziałem w kuchni na blacie obserwując co i jak się robi. Bardzo wiele wyniosłem od babci, która pracowała w restauracji (czyli w zawodzie kucharki) przez lat kilkanaście, więc doświadczenia jej odmówić nie można. A tym bardziej smaku, ale to już na pewno moje subiektywne spojrzenie, więc w to, już tak bezwzględnie, wierzyć nie musisz. ;-) Babcia, mama mojej mamy, umiała zrobić wszystko, czego nauczyła się robić można było zaliczyć do grupy dań z najwyższej półki – najlepsze na świecie placki ziemniaczane, surówki z marchewki, ciasta (którymi zachwyca się połowa rodziny), mięsa wszelkiej maści.