Stare Polesie zamienione na Stare Bałuty

Już nie mieszkam koło Manufaktury – niestety, chciałoby się powiedzieć. Bo Manufaktura to jedno z fajniejszych miejsc w tej szarej Łodzi, z którą do tej pory miałem styczność. Szarej do tego stopnia, że potrzeba poprzebywania wśród czegoś zielonego (i nie mam na myśli na przykład zielonych, przysłowiowych czterech ścian), w ciszy i spokoju na tyle dostępnych, na ile pozwala to prawie milionowe miasto – dawała nam o sobie znać prawie codziennie. I tak, kierowani chęciami wyruszaliśmy z uśmiechem i nadzieją do naszych domów, gdzie tej właśnie potrzeby na zieleń można było dać ujście, by się nią nacieszyć. My – czyli Martyna i ja – bo odczucia, co do szarości, smrodu i tego całego betonowego miasta mieliśmy (i mamy) takie same. Tu a raczej tam, gdzie do tej pory mieszkaliśmy za długo nie da się wysiedzieć bez żadnych uszczerbków na zdrowiu (psychicznym i fizycznym stricte).

Teraz, co mnie niezmiernie cieszy, mogę otwierać okno i cieszyć się szumem drzew. Nie słyszeć tych pieprzonych samochodów, których kierowcy z silniczków 1.3 próbują wycisnąć setkę na odcinku nie przekraczającym 100 metrów. Nie czuć drgań całej kamienicy, gdy przejeżdża dość dobrze zapamiętana przeze mnie 15-stka tramwajowa. I przed oknem do tej pory nie bili się, co jest rzeczą niebywałą – bo ten właśnie widok był jeszcze 3 miesiące temu, widokiem najczęstszym.

Panorama – widok z okna

Minusów przeprowadzki było mnóstwo. Jak to przy każdej takiej – pakowanie, odnawianie mieszkania, ogólnie pojęty chaos, którego miejscami było sporo. Nerwów też sporo kosztowała nas owa – przeprowadzkowa-adaptacja. Bo nie ma niczego gorszego, niż się trochę przerazić po wniesieniu rzeczy i rozłożeniu kilku kartonów z gratami. A niektórzy ludzie bezsprzecznie powinni pierdyknąć się w główkę. Bo… Niewyobrażalnym dla mnie jest fakt posiadania robaków w domu, tolerowania ich, i życia ramię w ramię. Ale i z tym daliśmy sobie radę mając w orężu środki mocno toksyczne. Parafrazując pewne hasło od Unilevera:

Zero prusaków, zero ich-kup-wszędzie!

Po pewnych przygodach z owadami przyszła pora na… Osiedlenie się i życie – wreszcie. I tolerowanie wszystkich niedoskonałości. I o dziwo – przychodzi to nam wszystkim zdecydowanie łatwo. Bo ważne jest to z kim i jak a nie gdzie.

Nie napisałem nic o zaletach nie licząc wstępu. Ale czy nie wystarczy fakt, że teraz uśmiecham się zdecydowanie częściej na myśl, gdzie przyszło mi mieszkać? I że wreszcie mogę sobie polatać nago po domu bez obaw, że ktoś niespodziewanie wejdzie… ;-)