A może tak, a może nie

Po długiej przerwie zbieram się w sobie, by stworzyć na nowo miejsce, w którym przebywasz właśnie, było Tobie przyjazne. Byś, drogi czytelniku wracał tu za każdym razem, gdy nacisnę przycisk opublikuj. Byś oczekiwał na nowości, z niecierpliwością patrzył na nie pojawiające się owe by w końcu odetchnąć z ulgą, gdy wreszcie się pojawią. I w końcu – bym w końcu i po tej wspomnianej, długiej przerwie zaczął znów odczuwać przyjemność z posiadania bloga.

pierwsza warstwa - projekt

Marzenia, marzeniami – wiadomym nie od dziś jest, że jedne chcą się spełnić same, a drugie… Nawet, gdy nie wiadomo jak się staramy pozostają na liście todo jako dalej nie zrealizowane. Niestety – taka kolej rzeczy i trzeba się z tym pogodzić, albo podobnie do Syzyfa walczyć, o ich wykreślenie z tej listy. A wiadomym jest chyba, jakiej on się podjął pracy. Tak więc – do czego chcę dojść? Do mety, w końcu.

Realizacja planów

Plany są ambitne. Zazwyczaj właśnie takie są, by w końcu z biegiem czasu tracić na sile, zmniejszać się, reformować i ulegać deformacji. W efekcie końcowym otrzymuje twór, którym autor nie ma za bardzo ochoty się chwalić, pokazywać światu, a jeśli już – robi to naprawdę niechętnie. Oczywiście – nie bierzemy tu pod uwagę mało autokrytycznych, zuchwałych, cierpiących na zaburzenia w percepcji i postrzeganiu świata autorów. Tacy są niestety (a może stety – dla tych normalniejszych) skazani na pogardę i późniejsze ich zapomnienie.

Plany moje są – to trzeba przyznać – realizowane cholernie powoli. Powodem ciągłego oddalania się terminu skończenia prac jest… Życie. Po prostu i tak – nic się z tym pojęciem więcej nie da zrobić. Ani wyjaśnić – bo niby co? – ani opisać – bo każdy ma swoje. Tak więc uznajmy, że wytłumaczyłem Ci drogi czytelniku, czemu zmuszam Cię do ciągłego wyrabiania w sobie cierpliwości. Ale uwierz mi – to kiedyś zaprocentuje na Twoją korzyść. Przynajmniej mam taką cichą nadzieję.

Ale kiedyś ukończę to. Oddam do dalszej obróbki, by w końcu wyjść na światło dzienne ze swoim tworem i powiedzieć – Patrzcie, podziwiajcie, chwalcie – niech w końcu poczuję się dumny z tego, co udało mi się wymodzić. Jak już na początku wspomniałem – plany pierwotne to takie trochę naturalne gąbki – rozdmuchane, napęczniałe. Więc nie wiń mnie, że piszę takie bzdury, ale… Muszę.

Czas realizacji

Tak to już jest niestety, że terminy narzucone nigdy nie będą dotrzymane. A jeśli już – produkt końcowy wymagać będzie kilku poprawek, które na pewno nie zaważą na jakości całego produktu. Bo jakże to mogłoby być? – produkt niedopracowany? Z wadami? Takich przecież nie ma. Idealności odbierać nie można odbierać nawet tym maluczkim, nie mówiąc już o tych gigantycznych tworach. Tym bardziej – gdy nie ma do tego podstaw.

Tak więc – ja osobiście wolę zawieść. Nie dostać wypłaty, czy nie trafić w odpowiedni moment, ale oddać coś, czego w późniejszym czasie nie będę musiał poprawiać co 10 minut, czy średni czas między dodaniem jednego bugraportu, a drugiego. Niech sobie wisi w sieci projekt, w którym zapisana jest historia tworzenia mozolnego – dokładnego, ze szczegółami i dbaniem o te piekielne malutkie, pieprzone szczególiki.

Czyli co?

Czyli ja, Ty i Ty, i Ty poczekacie jeszcze na fanfary. A ja chyba czekać będę najbardziej. Będę najczekać.