Wyobraź sobie sytuację, że siedząc w domu nachodzi Cię ochota na jedzenie – jesteś cholernie głodny. Zastanawiasz się przez chwilę, gdzie mógłbyś naprawdę dobrze, syto i smacznie zjeść (pomijamy cenę – jesteś bogaty, więc pozwolić sobie możesz na ekstrawagancję – w końcu to li tylko sytuacja hipotetyczna, prawda?). Wybór masz trudny. W przeciwieństwie do sytuacji realnej – nie, nie ze względu, że jest tak skąpy i ograniczony – wręcz odwrotnie.

Wychodzisz na ulicę, na której wiesz, że znajdziesz knajpkę, która zaspokoi Cię w 100%. Wiesz to, bo ulica ta słynie z tego rodzaju usług. Opinie ma naprawdę dobre. Słynęła niegdyś z tego, iż na owej jadały dość często-i-gęsto sławy, którzy dziś potocznie (i idiotycznie, swoją drogą) nazywani są mikrocelebrytami. To o czymś świadczyć musi – bezsprzecznie.

W Łodzi na ulicy Piotrkowskiej istnieje miejsce, z którego cieszą się jedynie studenci, ludzie mniej zamożni lub gustujący w daniach z gołębia, czy psa. Potocznie nazywane jest Chinatown, a nazwą swą odzwierciedla w 100% wyobrażenia potencjalnego wyobrażacza. Tylko trzeba wziąć poprawkę, lub ich kilka:

  • jesteśmy w Polsce,
  • w Łodzi.

Nie, to nie zlepek kilku restauracyjek – to bardzo przypadkowo poustawiane, obdrapane, brudne – wręcz obleśne – budki, których wzór chyba każdy zna, kto choć raz odwiedził jakieś miejskie targowisko. Chodniki obsrane przez wszechobecne psy, lub jeszcze latające gołębie. Zdarza się, że ktoś z gości prześpi się na środku placu; jeśli jednak jeszcze nie śpi, a obija się od drzewa do drzewa trzeba uważać na jego ciągle rosnącą agresję w stosunku do każdego, kto pojawi się na widoku. Nie jest fajnie, bynajmniej. Mimo wszystko, ludzie tam chodzą, bo muszą.

Sytuacja przedstawia się więc następująco – rozglądając się po całej ulicy, idąc od witryny do witryny i podziwiając cały ten przepych w końcu trafiamy na miejsce, które nas odrzuca. Prawda, że cały urok, który był budowany z takim trudem przez wspólnotę restauratorów został zniweczony w parę chwil? Dlaczego zatem nie zacząć protestować?

W tym właśnie momencie pojawia się sprawa, do której Cię wprowadzam od jakiegoś czasu…

Bardzo lubię swoich czytelników i ich szanuję…

Przed naciśnięciem tego magicznego przycisku „opublikuj” w panelu administracyjnym swojego bloga przeczytaj wpis, który wygenerowałeś by uchronić czytelnika przed odruchem wymiotnym. Bo uwierz – rzygać się chce, gdy w ramach zamówionego kurczaka na ostro dostaje się gołębia podanego na 100 sposobów. Nawet, gdy całość podana jest na dość ładnym talerzu.

Komentarze do wpisu " To nie kolejny poradnik dla idiotów #2":

1. wh1t3en napisał(a):
08 Kwi 2008, 20:19:19

Popieram opinie o Łódźkim Chinatown :).
Co do czytania wpisów przed publikacją to jedna z lepszych rad, ale do niektórych cały czas nietrafia.

2. sharnik napisał(a):
08 Kwi 2008, 20:19:58

Sławy nie są nazywane mikrocelebrytami, tylko zwykłymi celebrytami. Mikrocelebrytów mijasz naulicy nawet nie wiedząc kto zacz.

3. jbg napisał(a):
08 Kwi 2008, 20:25:19

Muszę powiedzieć, że z zainteresowaniem przeczytałem obydwie części „Nie poradnika”. Ciekawe i plastyczne analogie.

4. Jiobel napisał(a):
08 Kwi 2008, 21:09:38

Wh1t3n – do niektórych nic nie trafia. Ale to już taki rodzaj ludzi, do których ten nie-poradnik z pewnością nie jest skierowany. ;-)

Sharnik – na blipie osatnio moda jest na szczególny rodzaj… lansu (? – zupełnie nie wiem, jak to nazwać), który określeniem mikrocelebryci tytułuje gwiazdy. Ale lokalne i w specyficznym środowisku, a mianowicie – internetowym. Stąd też do tej sytuacji komentarz w nawiasie obok owego określenia, o którym teraz mowa.

Jbg – czyli mam rozumieć, że odbiór jak najbardziej pozytywny, tak? :-D

5. sharnik napisał(a):
08 Kwi 2008, 21:13:06

Jiobel: Ja mam całkowitą świadomość kogo nazywa się mikrocelebrytami, bo z niektórymi pracuję ;)
Ale osoby znane w środowisku intenretowym, a normalnie pojęte „sławy” to dwie różne rzeczy. No, chyba że tą knajpkę lansują na blipie ;)

6. jbg napisał(a):
08 Kwi 2008, 21:15:16

Oczywiście, że tak!
Poza tym wierz mi Jiobel, że pięć razy przeczytam wpis przed publikacją :)

7. zx napisał(a):
08 Kwi 2008, 22:47:30

Ja tam idę jeszcze krok dalej. Piszę w poniedziałek. Czytam kilka razy w poniedziałek, wklejam do Worda, poprawiam błędy. Potem czekam dzień (czasem dwa) i czytam raz jeszcze, najczęściej zmieniając połowę treści.

8. zen napisał(a):
08 Kwi 2008, 22:59:34

Tylko nadal nie rozumiem, dlaczego to się znalazło na techlogu.

9. Jiobel napisał(a):
08 Kwi 2008, 23:08:47

A czego nie spełnia ten wpis, żeby nie mógł się pojawić na techblogu. Poza tym – żeby nie toczyć jakiejś napiętej konfrontacji – zgłoś do Sparrowa i gdy zdecyduje, że się nie nadaje, to pewnie go zdejmie. Mh?

10. zen napisał(a):
08 Kwi 2008, 23:11:23

Nie chodzi chodzi o konfrontacje, tylko o to, co się pojawia w moim czytniku. Pewnie, że wiele innych wpisów się na techbloga nie nadaje (bo taki argument możesz wyciągnąć), ale wyglądasz na inteligentnego człowieka, i chyba rozumiesz co mam na myśłi?

11. Jiobel napisał(a):
08 Kwi 2008, 23:39:45

Według uznania Sparrowa, wpis nie znajduje się już na techblogu.

12. ola napisał(a):
09 Kwi 2008, 06:29:36

a co Ty Jiobel misję poczułeś?:D

13. stormfly napisał(a):
09 Kwi 2008, 08:25:38

Wg mnie powinieneś zacząć od swojego bloga bo tytułując w ten sposób ten wpis raczej ludzi od niego odpychasz ;)

14. Jiobel napisał(a):
09 Kwi 2008, 11:33:49

Ola – to pojęcie raczej nazwałbym irytacją i tak trochę chęcią powrotu do pisania. Bo ostatni rok porównując do tych trzech na początku to żenada. I śniłaś mi się dziś. :-D

Stormfly – co więc powinienem zmienić u siebie? Poza tym – Ci czytelnicy na których mi zależy zrozumieją przesłanie wpisu, stąd o resztę się za bardzo nie martwię. To taka metoda naturalnej selekcji, chyba…

15. ola napisał(a):
09 Kwi 2008, 19:46:01

ale miło?:D

16. paszczak000 napisał(a):
06 Cze 2008, 03:27:06

Co racja to racja, ale jedzenie z jednej budki jest naprawdę dobre ;)

Dodaj komentarz: