To nie kolejny poradnik dla idiotów #2
Wyobraź sobie sytuację, że siedząc w domu nachodzi Cię ochota na jedzenie – jesteś cholernie głodny. Zastanawiasz się przez chwilę, gdzie mógłbyś naprawdę dobrze, syto i smacznie zjeść (pomijamy cenę – jesteś bogaty, więc pozwolić sobie możesz na ekstrawagancję – w końcu to li tylko sytuacja hipotetyczna, prawda?). Wybór masz trudny. W przeciwieństwie do sytuacji realnej – nie, nie ze względu, że jest tak skąpy i ograniczony – wręcz odwrotnie.
Wychodzisz na ulicę, na której wiesz, że znajdziesz knajpkę, która zaspokoi Cię w 100%. Wiesz to, bo ulica ta słynie z tego rodzaju usług. Opinie ma naprawdę dobre. Słynęła niegdyś z tego, iż na owej jadały dość często-i-gęsto sławy, którzy dziś potocznie (i idiotycznie, swoją drogą) nazywani są mikrocelebrytami. To o czymś świadczyć musi – bezsprzecznie.
W Łodzi na ulicy Piotrkowskiej istnieje miejsce, z którego cieszą się jedynie studenci, ludzie mniej zamożni lub gustujący w daniach z gołębia, czy psa. Potocznie nazywane jest Chinatown, a nazwą swą odzwierciedla w 100% wyobrażenia potencjalnego wyobrażacza. Tylko trzeba wziąć poprawkę, lub ich kilka:
- jesteśmy w Polsce,
- w Łodzi.
Nie, to nie zlepek kilku restauracyjek – to bardzo przypadkowo poustawiane, obdrapane, brudne – wręcz obleśne – budki, których wzór chyba każdy zna, kto choć raz odwiedził jakieś miejskie targowisko. Chodniki obsrane przez wszechobecne psy, lub jeszcze latające gołębie. Zdarza się, że ktoś z gości prześpi się na środku placu; jeśli jednak jeszcze nie śpi, a obija się od drzewa do drzewa trzeba uważać na jego ciągle rosnącą agresję w stosunku do każdego, kto pojawi się na widoku. Nie jest fajnie, bynajmniej. Mimo wszystko, ludzie tam chodzą, bo muszą.
Sytuacja przedstawia się więc następująco – rozglądając się po całej ulicy, idąc od witryny do witryny i podziwiając cały ten przepych w końcu trafiamy na miejsce, które nas odrzuca. Prawda, że cały urok, który był budowany z takim trudem przez wspólnotę restauratorów został zniweczony w parę chwil? Dlaczego zatem nie zacząć protestować?
W tym właśnie momencie pojawia się sprawa, do której Cię wprowadzam od jakiegoś czasu…

Przed naciśnięciem tego magicznego przycisku „opublikuj” w panelu administracyjnym swojego bloga przeczytaj wpis, który wygenerowałeś by uchronić czytelnika przed odruchem wymiotnym. Bo uwierz – rzygać się chce, gdy w ramach zamówionego kurczaka na ostro dostaje się gołębia podanego na 100 sposobów. Nawet, gdy całość podana jest na dość ładnym talerzu.
Komentarze
Popieram opinie o Łódźkim Chinatown :).
Co do czytania wpisów przed publikacją to jedna z lepszych rad, ale do niektórych cały czas nietrafia.
Sławy nie są nazywane mikrocelebrytami, tylko zwykłymi celebrytami. Mikrocelebrytów mijasz naulicy nawet nie wiedząc kto zacz.
Muszę powiedzieć, że z zainteresowaniem przeczytałem obydwie części „Nie poradnika”. Ciekawe i plastyczne analogie.
Wh1t3n – do niektórych nic nie trafia. Ale to już taki rodzaj ludzi, do których ten nie-poradnik z pewnością nie jest skierowany. ;-)
Sharnik – na blipie osatnio moda jest na szczególny rodzaj… lansu (? – zupełnie nie wiem, jak to nazwać), który określeniem mikrocelebryci tytułuje gwiazdy. Ale lokalne i w specyficznym środowisku, a mianowicie – internetowym. Stąd też do tej sytuacji komentarz w nawiasie obok owego określenia, o którym teraz mowa.
Jbg – czyli mam rozumieć, że odbiór jak najbardziej pozytywny, tak? :-D
Jiobel: Ja mam całkowitą świadomość kogo nazywa się mikrocelebrytami, bo z niektórymi pracuję ;)
Ale osoby znane w środowisku intenretowym, a normalnie pojęte „sławy” to dwie różne rzeczy. No, chyba że tą knajpkę lansują na blipie ;)
Oczywiście, że tak!
Poza tym wierz mi Jiobel, że pięć razy przeczytam wpis przed publikacją :)
Ja tam idę jeszcze krok dalej. Piszę w poniedziałek. Czytam kilka razy w poniedziałek, wklejam do Worda, poprawiam błędy. Potem czekam dzień (czasem dwa) i czytam raz jeszcze, najczęściej zmieniając połowę treści.
Tylko nadal nie rozumiem, dlaczego to się znalazło na techlogu.
A czego nie spełnia ten wpis, żeby nie mógł się pojawić na techblogu. Poza tym – żeby nie toczyć jakiejś napiętej konfrontacji – zgłoś do Sparrowa i gdy zdecyduje, że się nie nadaje, to pewnie go zdejmie. Mh?
Nie chodzi chodzi o konfrontacje, tylko o to, co się pojawia w moim czytniku. Pewnie, że wiele innych wpisów się na techbloga nie nadaje (bo taki argument możesz wyciągnąć), ale wyglądasz na inteligentnego człowieka, i chyba rozumiesz co mam na myśłi?
Według uznania Sparrowa, wpis nie znajduje się już na techblogu.
a co Ty Jiobel misję poczułeś?:D
Wg mnie powinieneś zacząć od swojego bloga bo tytułując w ten sposób ten wpis raczej ludzi od niego odpychasz ;)
Ola – to pojęcie raczej nazwałbym irytacją i tak trochę chęcią powrotu do pisania. Bo ostatni rok porównując do tych trzech na początku to żenada. I śniłaś mi się dziś. :-D
Stormfly – co więc powinienem zmienić u siebie? Poza tym – Ci czytelnicy na których mi zależy zrozumieją przesłanie wpisu, stąd o resztę się za bardzo nie martwię. To taka metoda naturalnej selekcji, chyba…
ale miło?:D
Co racja to racja, ale jedzenie z jednej budki jest naprawdę dobre ;)