08 kwietnia 2008
To nie kolejny poradnik dla idiotów #2
Wyobraź sobie sytuację, że siedząc w domu nachodzi Cię ochota na jedzenie – jesteś cholernie głodny. Zastanawiasz się przez chwilę, gdzie mógłbyś naprawdę dobrze, syto i smacznie zjeść (pomijamy cenę – jesteś bogaty, więc pozwolić sobie możesz na ekstrawagancję – w końcu to li tylko sytuacja hipotetyczna, prawda?). Wybór masz trudny. W przeciwieństwie do sytuacji realnej – nie, nie ze względu, że jest tak skąpy i ograniczony – wręcz odwrotnie.
Wychodzisz na ulicę, na której wiesz, że znajdziesz knajpkę, która zaspokoi Cię w 100%. Wiesz to, bo ulica ta słynie z tego rodzaju usług. Opinie ma naprawdę dobre. Słynęła niegdyś z tego, iż na owej jadały dość często-i-gęsto sławy, którzy dziś potocznie (i idiotycznie, swoją drogą) nazywani są mikrocelebrytami. To o czymś świadczyć musi – bezsprzecznie.
W Łodzi na ulicy Piotrkowskiej istnieje miejsce, z którego cieszą się jedynie studenci, ludzie mniej zamożni lub gustujący w daniach z gołębia, czy psa. Potocznie nazywane jest Chinatown, a nazwą swą odzwierciedla w 100% wyobrażenia potencjalnego wyobrażacza. Tylko trzeba wziąć poprawkę, lub ich kilka:
- jesteśmy w Polsce,
- w Łodzi.
Nie, to nie zlepek kilku restauracyjek – to bardzo przypadkowo poustawiane, obdrapane, brudne – wręcz obleśne – budki, których wzór chyba każdy zna, kto choć raz odwiedził jakieś miejskie targowisko. Chodniki obsrane przez wszechobecne psy, lub jeszcze latające gołębie. Zdarza się, że ktoś z gości prześpi się na środku placu; jeśli jednak jeszcze nie śpi, a obija się od drzewa do drzewa trzeba uważać na jego ciągle rosnącą agresję w stosunku do każdego, kto pojawi się na widoku. Nie jest fajnie, bynajmniej. Mimo wszystko, ludzie tam chodzą, bo muszą.
Sytuacja przedstawia się więc następująco – rozglądając się po całej ulicy, idąc od witryny do witryny i podziwiając cały ten przepych w końcu trafiamy na miejsce, które nas odrzuca. Prawda, że cały urok, który był budowany z takim trudem przez wspólnotę restauratorów został zniweczony w parę chwil? Dlaczego zatem nie zacząć protestować?
W tym właśnie momencie pojawia się sprawa, do której Cię wprowadzam od jakiegoś czasu…

